Kosmetyczne HITY i KITY Październik 2013

Witajcie

W tym wpisie przychodzę do Was moje Kochane lekko spóźniona z moim ulubieńcami kosmetycznymi w miesiącu październiku. Niestety mam też dla Was dwa kity, ale zacznijmy od tych ulubionych i ukochanych…

IMG_0006

Continue reading

Kosmetyczne HITY: Lipiec, Sierpień, Wrzesień 2013

Witajcie
Korzystając z przymusowego wolnego (paskudne przeziębienie) postanowiłam napisać dla Was notkę o moich ulubieńcach ostatnich miesięcy. Mimo, że mnie nie było na blogu w lipcu i sierpniu dużo kosmetyków przewinęło się przez moje ręce. Wybrałam te, z których korzystam na co dzień lub wracam za każdym razem gdy ich potrzebuję.
Zapraszam Was na przyjemną lekturę moich Kosmetycznych Hitów: Lipca, Sierpnia i Września 2013 roku. 😉
Zacznę od makijażu, bo jest tego znacznie mniej, ale za to treściwie. W ciągu tych kilku miesięcy miałam parę ważniejszych wyjść. Na takie okazje najlepiej sprawdzają się kosmetyki do zadań specjalnych, o przedłużonym działaniu, które sprawią, że makijaż będzie naprawdę trwały i wyjątkowy.
Mariza Selective Matująca Baza pod makijaż (15 ml / 28,80 zł)
Dobra baza pod makijaż to niezbędnik makijażu ślubnego czy wieczorowego, ale ta baza jest na tyle dobra i bezpieczna, że świetnie służy także na co dzień a to rzadkość. Baza ta daje jedwabiście matowe wykończenie. Skóra jest satynowa, ale matowa! Intensywnie wygładza powierzchnię skóry, zmniejszając widoczność rozszerzonych porów i innych niedoskonałości. Dodatek witaminy E nie dopuszcza do nadmiernego przesuszenia naskórka, a jednocześnie reguluje nadprodukcję sebum. Baza usprawnia aplikację każdego podkładu. Niezastąpiona w sytuacji, kiedy chcesz mieć perfekcyjny makijaż przez cały dzień, ale bez konsekwencji obciążania skóry czy zapychania porów. Bardzo wydajna, bo już niewielka ilość wystarczy na całą twarz. U mnie sprawdził się przy makijażu ślubnym gdzie musi przetrwać w idealnym stanie całą noc, ale też w makijażu dziennym gdzie nie mam obawy, że obciąży moją skórę czy podrażni! IDEALNA!
Rimmel Lasting Finish by Kate Lipstick (4 g / ok 18 zł)
Według mnie to NAJLEPSZA drogeryjna szminka. Są MEGA trwałe, genialnie nawilżają usta i mają mocne, kryjące kolory. Będąc na weselu złapałam się na tym, że po zjedzeniu obiadu pobiegłam do łazienki, bo byłam przekonana, że pół szminki na pewno zjadłam. Byłam mocno zszokowana patrząc się w lustro i widząc, że praktycznie szminka na ustach jest nienaruszona. Przez całą tą noc poprawiłam ją może razy czy dwa! Teraz już wiem, że idealna i trwała czerwień na ustach (i nie tylko) to wyłącznie szminka od Rimmel. Tylko w przypadku tej szminki mam 100% pewność, że moje usta będą wyglądać obłędnie przez wiele godzin.
 Ardell Natural Demi Wispies Black (para / ok 15 zł w internecie)
Niestety natura nie obdarzyła mnie bujnymi i pięknymi firankami rzęs. Sztuczne rzęsy dają naprawdę efekt wow szczególnie w makijażu wieczorowym, ale jednak są troszeczkę problemowe w aplikacji i jednak widoczne. Rzęsy Ardell to już zupełnie inna bajka! Niezwykle łatwo się zakładają, lekko i idealnie noszą, wyglądają niezwykle naturalnie jak na sztuczne rzęsy. Świetny, koci kształt. Mają bardzo cieniutką żyłkę dzięki czemu bardzo łatwo ją ukryć. Według mnie powinny być pierwszym wyborem dla początkujących z sztucznymi rzęsami, bo prawie same się nakładają. Do tego są bardzo trwałe, bo te, które widzicie na zdjęciu były już używane kilkakrotnie i nadal są w dobrym stanie. Można je nawet delikatnie czyścić w płynie do demakijażu i będą jak nowe. Szkoda, że moje własne, prawdziwe rzęsy nie są takie jak te Ardell… :/
Oriflame Neo Chic Nail Polish w kolorze Mint Pear (szt. / 20 zł)
Wreszcie znalazłam idealny odcień mięty! Przepiękny, pastelowy, kremowy kolor mięty. Nie za niebieski, nie za zielony. Wystarczą tylko dwie warstwy do pełnego krycia i trzyma się niezwykle długo na pazurach. Wygląda kobieco, świeżo i elegancko. Idealny na lato i nie tylko…
Przejdźmy teraz do pielęgnacji. Tym razem sprawdziły się u mnie kosmetyki dość tanie, łatwo dostępne, drogeryjne lub z katalogów. Tanie nie znaczy gorsze…
L’oreal Elseve Eliksir Upiększający dla włosów farbowanych (100 ml / ok 40 zł)
To jest mój HIT TEGO ROKU! Olejków wszelkiej maści bałam się jak diabeł święconej wody. Tłuste, obciążają włosy, można je stosować jako kuracja, ale na noc. Takie działanie nie przy mojej fryzurze. I oto objawienie! Kupiłam ten olejek przy okazji promocji w SuperPharmie. Po pierwszym użyciu zakochałam się i tak jesteśmy razem dzień w dzień już od pół roku. Bogata formuła o lekkiej, nietłustej konsystencji doskonale odpowiada na potrzeby włosów farbowanych, chroniąc je przed negatywnym działaniem promieni słonecznych oraz wypłukiwaniem się koloru. Podkreśla żywy i wyrazisty kolor, pielęgnując, dyscyplinując i dodając włosom blasku oraz miękkości bez obciążania fryzury! Powstał z unikalnego połączenia sześciu ekstraktów z olejków kwiatowych (lotos, rumianek, gardenia tahitańska, maruna, róża oraz len). Można ją stosować codziennie: na suche włosy chroniąc podczas stylizacji oraz aby je wygładzić, nadać blasku, na mokre włosy, aby ułatwić rozczesywanie, chronić przed gorącym powietrzem suszarki czy też jako codzienna odżywka bez spłukiwania lub jako wyrafinowane wykończenie fryzury dla nadania połysku i zdyscyplinowania włosów. We wszystkich tych trzech kombinacjach sprawdza się świetnie, ale w przypadku moich krótkich włosów najlepszy efekt jest gdy nakładam ten eliksir na mokre włosy. Na suche włosy efekt jest na tyle mocny (włosy bardzo miękkie, błyszczące, lekkie, sypkie), że utrudnia to mi układania mojego irokeza. Ale dla właścicielek długich włosów to będzie najlepsza metoda na ten olejek. Tak czy siak jak by go nie stosować jest GENIALNY! Do tego wszystkiego bardzo wydajny, bo obdarowałam nim parę osób, a nadal nie dotarłam nawet do połowy opakowania. Jedna lub dwie pompeczki jak dla mnie na co dzień wystarczą.
PharmaCF Venus Pianka do golenia z ekstraktem z żurawiny (200 ml / ok 5 zł)
Piankę Venus można dostać dosłownie wszędzie, nawet w hypermarketach. Tania i skuteczna. Wcześniej miałam wersje z melonem, ale dopiero ta z żurawiną tak naprawdę mnie zachwyciła. Pianka jest bardzo tania, wydajna, gęsta i świetnie trzyma się skóry przy depilacji. Wyciąg z żurawiny wzbogacony witaminą E ma silne działanie regenerujące i nawilżające jednocześnie. Składniki aktywne działają kojąco i łagodząco – skóra pozostaje optymalnie nawilżona, wygładzona i wyciszona. Zauważyłam nawet, że po goleniu z tą pianką odrastające włoski nie wrastają. Do tego ma świetny zapach owoców leśnych! Czego chcieć więcej?! 🙂
On Line Harmony Sól pieniąca do kąpieli Figa (600 g / ok 6,50 zł)
Dostałam ją do testów od Forte Sweden. Jak ją zobaczyłam to sobie pomyślałam: „Sól jak sól. Co może być bardziej odkrywczego w soli?”. Jednak po pierwszym użyciu miło mnie zaskoczyła. Sól bardzo ładnie rozpuszcza się w wodzie i lekko ją zabarwia na kolor różowy. Rzeczywiście się pieni choć jest to delikatna, miękka, mała pianka, która całkiem długo się utrzymuje. Głównie używam tej soli do moczenia nóg. Sól naprawdę odpręża i relaksuje. Bardzo dobrze zmiękcza skórę sprawiając, że jest bardzo delikatna w dotyku. Ekstrakt z figi znany jest ze swoich właściwości zmiękczających, dogłębnie nawilżających naskórek i nadających mu jedwabistą gładkość. Efekt naprawdę niesamowity – nogi mięciutkie, delikatne, jakby pokryte niewidzialną balsamową otoczką. W wersji do kąpieli zastąpi nam sól i płyn do kąpieli i balsam, bo to produkt prawie 3 w 1. Moja wersja z figą ma dość specyficzny, bardzo słodki, landrynkowy zapach, ale bardzo przyjemny i relaksujący. Następnym razem gdy będziecie kupować sól to sięgnijcie po tą! Wasz portfel będzie Wam wdzięczny, ciało przepięknie zadbane, a umysł zrelaksowany.
Bourjois Express Eye Makeup Remover (200 ml / ok 17 zł)
Moje poszukiwania idealnej dwufazówki do zmywania mojej wodoodpornej maskary nadal trwają i na razie zatrzymały się na kosmetyku od Bourjois. Idąc tropem mojej ukochanej wody micelarnej właśnie od Bourjois, która miesiąc w miesiąc jest na mojej łazienkowej półce (KLIK), pomyślałam, że sięgnę po jej dwufazowego brata. Okazało się, że i płyn dorównuje jakością wodzie micelarnej. To co najbardziej przypadło mi do gustu to to, że płyn nie jest tłusty i nie zostawia białej mgły na oczach jak większość dwufazówek. Twarz nie jest po nim ani lepka, ani tłusta, nie ma żadnego nieprzyjemnego filmu na skórze. Za taką samą cenę jak większość dwufazówek dostajemy dwa razy większą pojemność co jest na duży plus. Radzi sobie świetnie ze zmywaniem każdego rodzaju kosmetyków kolorowych, ale czy jest taki ekspresowy przy zmywaniu wodoodpornego makijażu?! Tu bym się jednak kłóciła. Wprawdzie daje sobie radę z produktami wodoodpornymi, ale trzeba dać mu trochę czasu żeby je rozpuścił i usunął, więc nie unikniemy pocierania wacikiem. Do zwykłego makijażu jest idealny, zmywa wszystko za jednym dotknięciem wacika. Także jest to bardzo dobra dwufazówka, która jest pozbawiona minusów przeciętnego płynu dwufazowego, ale ma drobne problemy z makijażem wodoodpornym…
Bourjois Fresh Cleansing Gel (150 ml / ok 13 zł)
Swoją rodzinkę burżujów powiększyłam o jeszcze jednego członka gdy poszłam do Rosska po coś do mycia buzi. Przeczytawszy opis na odwrocie tubki: „Odświeżająco – oczyszczający żel wzbogacony o ekstrakt z ogórka. Sprawia, że cera jest idealnie czysta a skóra nawilżona i odświeżona. Nie zawiera alkoholu. Dla wszystkich rodzajów cery” pomyślałam, że to brzmi całkiem ciekawie i dość prosto, a nie miliony obietnic co ma robić żel do mycia twarzy. Produkt jest w postaci żelu, a w kontakcie z wodą na twarzy zamienia się w emulsję więc się nie pieni a zamienia się w taki rodzaj mleczka myjącego. Ma bardzo świeży zapach (dobrze, że nie ogórkowy, bo osobiście go nie znoszę). Twarz po użyciu jest czysta, świeża, nie przesuszona. Bardzo przyjemny, prosty, zwykły, nieskomplikowany żel do mycia twarzy choć muszę przyznać, że parę razy przy mojej cerze mieszanej miałam taki trochę niedosyt i uczucie nie idealnej czystej skóry więc dla cery tłustej i trądzikowej może być zdecydowanie za słaby.
Oriflame Pure Skin Shine Control Cream (50 ml / 23 zł)
Wreszcie znalazłam mój idealny, matujący krem na dzień pod makijaż. Pewnie nigdy nie zwróciłabym na niego uwagi w katalogu więc całe szczęście, że dostałam go do testów. Właśnie tak odkrywa się perełki wśród kosmetyków. Efekt matowienia jest genialny. Bardzo łatwo go zauważyć gdy nałożymy go na błyszczącą się buzię. Nakładasz i buzia od razu jest matowa, sucha i gładka. Nie trzeba czekać aż się wchłonie i zadziała. Ten krem robi to za pstryknięciem palcami. Matuje, ale przy tym jest bardzo komfortowy w noszeniu. Skóra na twarzy nie jest ściągnięta czy przesuszona ani też nie reaguje nadmierną produkcją sebum. Efekt matu i nawilżenia na raz? Z tym kremem to możliwe! Świetnie współgra z różnymi podkładami: nie rolują się, nie zmieniają koloru czy konsystencji. Dla mnie osobiście idealny krem na dzień. Tego efektu właśnie oczekuję. Efekt utrzymuję się mniej więcej 8 – 10 godzin. Jeśli chodzi o inne jego właściwości jak zmniejszenie porów czy zapobieganie powstawaniu wyprysków to powiem szczerze, że minimalne efekty są, ale głównym jego atutem jest MAT, MAT i jeszcze raz MAT! Tubeczka jest dość mała i poręczna, ma 50 ml kosmetyku. Krem w swojej konsystencji jest dość tępy w nakładaniu, ale nie jest to jego wadą. Jedyne co mi osobiście przeszkadza to zapach. Dość dziwaczny zapach (mi się kojarzy Z zapachem palonego wosku na cmentarzu – sorry za skojarzenia), który naprawdę może przeszkadzać, ale to tylko jedyny jego mankament. Posiadaczki skóry mieszanej – powinnyście go spróbować! Będziecie zadowolone! 🙂
Avon Planet Spa Luksusowy żel wygładzająco – rewitalizujący na okolice oczu z ekstraktem z czarnego kawioru (15 ml / 25 zł)
Wypaczyłam go parę miesięcy temu na jakieś promocji za 5 zł nie wiedząc o nim nic. Czekał na swoją kolej. Wzięłam go ze sobą na wyjazdowy urlop. Mały, niepozorny, z dość długaśną nazwą, ale…. okazał się bardzo dobrym kosmetykiem. Jestem kobietą jeszcze przed 30-stką więc jeszcze nie mam potrzeby stosowania kosmetyków stricte liftingujących i wygładzającyh, ale przez to, że dużo się maluje parę zmarszczek wokół oczu mi przybyło.  Ten żel to taka lekka forma wygładzającego kremu pod oczy. Faktycznie jest skuteczny, zauważyłam lekkie spłycenie zmarszczek pod oczami choć to nie jest spektakularny efekt na który musimy sobie poczekać przynajmniej miesiąc. Nadaje się zarówno pod oczy jak i na powieki, nie podrażnia śluzówki oka nawet jak dostanie się przed przypadek. Szybko się wchłania i nie pozostawia tłustego filmu. Ma bardzo ciekawy wygląd, bo jest to przeźroczysty żel opalizujący na fioletowo i złoto i myślałam, że tak samo będzie świecić się skóra, ale na skórze jest kompletnie bezbarwny. Fajne zakończenie tubeczki ułatwia aplikację pod oczami (taka końcówka jak przy zwykłych błyszczykach w tubkach). Niby taki niepozorny, a jednak siłę ma! Polecam spróbować przy kolejnej promocji za 5 zł ;P
To na tyle moich hitów ostatnich miesięcy. Mam nadzieje, że Was nie zanudziłam i dzięki temu wpisowi znalazłyście coś ciekawego dla siebie 🙂
A co Was ostatnio miło zaskoczyło?! Myślałyście, że to nic takiego, a tu… niespodzianka. Podzielcie się tym ze mną w komentarzach. Chętnie poczytam….

mała WIELKA Pielęgnacja cery mieszanej według TOŁPY Dermo face, strefa t. / hydrativ.

Witajcie :o)



„kiedy mówimy ‚mała wielka pielęgnacja’ mamy na myśli codzienne, drobne, ale przemyślane czynności, bo uważamy, że to suma małych rzeczy daje duży efekt…” /Tołpa/

Takie motto możecie znaleźć na każdym kartoniku Dermokosmetyków TOŁPY. Zapraszam Was na recenzję małej WIELKIEJ Pielęgnacji cery mieszanej według Tołpy czyli:
  • Tołpa: Dermo face, strefa t. matujący żel do mycia twarzy
  • Tołpa: Dermo face, strefa t. matujący krem nawilżający lekki
  • Tołpa: Dermo face, hydrativ. nawilżający krem odprężający lekki, dzień
Zanim jednak przejdę do opinii o samych kosmetykach na uwagę zasługują ich opakowania. Pierwszy raz spotykam się, aby na samym tylko kartoniku od kosmetyku było tak dużo ciekawych i ważnych informacji o pielęgnacji, zachowaniu się skóry, ich rodzajach… itd. To są chyba jedyne opakowania, które warto sobie zostawić (tak jak ja to zrobiłam), bo jest tam mnóstwo ważnych informacji przekazanych w bardzo przyjemny, humorystyczny i przystępny sposób.

Na przykład: „strefę T odnaleźć można również na plecach i dekolcie i nazwana jest „rynną łojotokową” (tylną i przednią). Z całym szacunkiem do naukowców, ale kto wymyśla te nazwy?”.

lub

„wiemy, że strefa T nie jest nazwą strefy geograficznej ani ekonomicznej, tylko dotyczy pielęgnacji skóry mieszanej. Literę T tworzą razem czoło, noc i broda. To partie, które najbardziej się świecą i produkują dużą ilość sebum. W przeciwieństwie do suchych policzków, dających uczucie ściągnięcia”. 


Takie informacje możecie znaleźć na zewnątrz kartoniku, wewnątrz zaś macie rozpisany cały plan pielęgnacji na dzień i na noc, który proponuje Wam Tołpa oraz jeszcze więcej ciekawostek i ważnych informacji o Waszym typie skóry. Dla mnie osobiście fantastyczny pomysł! 😉


Przejdźmy już do samych kosmetyków. Według planu Tołpy to właśnie poniższe dermokosmetyki tworzą optymalną pielęgnację cery mieszanej każdego dnia i nocy. 


Tołpa: Dermo face, strefa t. matujący żel do mycia twarzy 


„Usuwa zanieczyszczenia i nadmiar sebum. Przywraca równowagę miedzy przetłuszczającymi i przesuszonymi partiami twarzy. Oczyszcza pory i reguluje wydzielanie sebum. Zapobiega błyszczeniu skóry, łagodzi podrażnienia i nawilża. Pozostawia skórę odświeżoną i matową.
małe wielkie składniki:
torf tołpa.®, ekstrakt z tymianku, nawilżający kompleks Lactil, d-pantenol, triclosan” źródło: KLIK
Jest to pierwszy etap małej wielkiej pielęgnacji Tołpy dla skóry wrażliwej, mieszanej i tłustej z nadmiarem sebum czyli oczyszczanie. Żel jest półprzeźroczysty, o lekkim, żółtawym zabarwieniu, dość świeżym zapachu (takim naturalnym, błotno – kwiatowym). Opakowanie to 150 ml w cenie 25,99 zł.  Kosmetyk o dość lejącej konsystencji przez co przelewa się trochę przez palce co powoduje marnowanie produktu, trzeba szybko nakładać na twarz. Wystarczy średnio na 2 miesiące stosowania rano i wieczorem.
Po połączeniu z wodą raczej średnio się pieni, minimalnie bym powiedziała. Całkiem dobrze radzi sobie z usuwaniem resztek makijażu (nawet tego wodoodpornego) i ogólnym oczyszczaniem całej buzi. Po zmyciu i osuszeniu skóry twarzy nie ma nieprzyjemnego ściągnięcia, twarz jest nawilżona, nie zauważyłam efektu matowienia, po prostu zwyczajnie oczyszczona skóra twarzy. Żel sam w sobie nie jest zły, ale po każdym użyciu miałam wrażenie, że moja buzia nie jest 100% czysta. Miałam wrażenie, że czegoś jeszcze jej brakuje. Niby czysta, ale… no właśnie :o/ jest ten mały zgrzyt. 
Może to kwestia tego nawilżającego kompleksu Lactil w składzie, który powoduje pozostawienie minimalnej, nawilżającej warstewki na skórze. A może po prostu przez to, że skład dermokosmetyków Tołpa jest zredukowany do niezbędnego minimum powoduje, że ten żel jest słabszy i przeciętnie radzi sobie z oczyszczaniem cery mieszanej z nadmiarem sebum?! Tak czy siak jest to przyzwoity żel, nie jest zły, ale też szału nie robi.


Tołpa: Dermo face, strefa t. matujący krem nawilżający lekki

 „przywraca równowagę miedzy przetłuszczającymi i przesuszonymi partiami twarzy. Normalizuje wydzielanie sebum i zapobiega błyszczeniu skóry. Ogranicza powstawanie zaskórników i zwęża rozszerzone pory. Łagodzi podrażnienia i nawilża. Wygładza i długotrwale matuje.
małe wielkie składniki:
torf tołpa.®, ekstrakt z łopianu, ekstrakt z kory cynamonowca, fucogel, alantoina, d-pantenol” źródło: KLIK



Kosmetyk ten to propozycja Tołpy jako krem do pielęgnacji na DZIEŃ dla skóry wrażliwej, mieszanej i tłustej z nadmiarem sebum. Krem jest umieszczony w fajnej, minimalistycznej, aluminiowej tubie, która ma za zadanie nie zasysać powietrza i bakterii, dzięki czemu nasz krem ma być bezpieczny na dłużej. Krem ma świeży zapach, szaro – żółtawe zabarwienie. Ma konsystencję nietłustego, szybko wchłaniającego się żelu. Tuba zawiera 40 ml kremu w cenie 29,99 zł. Przy stosowaniu raz dziennie czyli rano wystarczy na jakieś 4 – 5 miesięcy. 


Matujący krem nawilżający to marzenie każdej posiadaczki cery mieszanej. Z jednej strony musimy matowić naszą strefę T, a z drugiej walczyć z przesuszającymi się wiecznie policzkami. To jest trochę jak igranie wody z ogniem. Albo ogień albo woda – nigdy jedno i drugie naraz :o/ i tak też jest w przypadku tego kremu. Nałożony na całą twarz błyskawicznie się wchłania pozostawiając skórę gładką, nawilżoną, ale nietłustą. Nadaje się jako krem pod makijaż. Cera faktycznie zaraz po aplikacji wygląda świeżo, pięknie… różnica jest dopiero po 2 godzinach jak odrębne parte skóry na ten krem reagują. Strefa T jest zmatowiona na jakieś 4 – 5 godzin, później zaczyna lekko się świecić, ale nie reaguje zbyt gwałtownie nadmiernym wydzielaniem sebum po tym kremie. Niestety o wiele gorzej miewają się policzki. Stają się zaczerwienione, gorące, trochę mrowią i swędzą. Są zbytnio przesuszone. Niestety połączenie właściwości matujących i nawilżających w jednym kosmetyku się nie udało! Do świecących się partii skóry jak najbardziej się nadaje, ale niestety do przesuszonych policzków cery mieszanej odpada. Efekt matu jest dość dobry więc na pewno poleciłabym ten krem osobom o cerze tłustej na całą twarz. Właścicielkom cery mieszanej poradziłabym nakładać go wyłącznie na strefę T. Jako krem na dzień ma jeszcze jeden minus – nie posiada żadnego filtra przeciwsłonecznego. Krem zapowiadał się bardzo dobrze, ale niestety to co się działo na moich policzkach nie było przyjemnym działaniem i zraziło mnie do dalszego używania tego kremu. Będę go stosować wyłącznie jako krem matujący na strefę T w ciepłe dni w roku i dokładnie omijając policzki.


Tołpa: Dermo face, hydrativ. nawilżający krem odprężający lekki 
 „dermokosmetyk uzupełnia poziom nawilżenia skóry i działa odprężająco. Intensywnie nawilża i uelastycznia. Łagodzi podrażnienia i przywraca komfort. Relaksuje skórę i eliminuje oznaki stresu. Wspomaga regenerację mikrouszkodzeń i odbudowę bariery ochronnej. Zabezpiecza przed negatywnym wpływem środowiska i wolnych rodników.
małe wielkie składnik:
torf tołpa, kompleks kiełków pszenicy, drożdży i hialuronianu sodu, nawilżający kompleks naturalnych węglowodanów, fucogel, pochodna mocznika, ekstrakt z szałwii muszkatołowej, witamina E” źródło: KLIK

Ten dermokosmetyk jest już z innej linii czyli hydrativ. Jest to propozycja Tołpy jako krem do pielęgnacji na NOC dla skóry wrażliwej, normalnej i mieszanej, odwodnionej i podrażnionej. Krem jest umieszczony w fajnej, minimalistycznej, aluminiowej tubie, która ma za zadanie nie zasysać powietrza i bakterii, dzięki czemu nasz krem ma być bezpieczny na dłużej. Krem jest biały o świeżym zapachu, ale trochę innym niż matujący krem nawilżający. Konsystencja to lekki krem trochę bogatszy niż żelowa konsystencja. Tuba zawiera 40 ml kremu w cenie 36,99 zł. Przy stosowaniu raz dziennie czyli na noc wystarczy na jakieś 4 – 5 miesięcy. Posiada SPF 15.
W tym kremie zakochałam się od pierwszego użycia. Wbrew powszechnej opinii skóra odwodniona to nie to samo, co skóra sucha. Najkrócej mówiąc: odwodnionej brakuje nawilżenia, a suchej natłuszczenia i nawilżenia. W takim razie każda typ cery może być odwodniony także cera mieszana, a szczególnie przesuszone policzki. 

Działanie tego kremu najlepiej widać zaraz po wykonaniu peelingu. Jak wiadomo wtedy skóra jest lekko podrażniona, zaczerwieniona. Ten krem szybko ją koi, maksymalnie nawilża, aż czuć, że skóra wręcz wypija ten krem. Twarz po tym kremie jest gładka, rozjaśniona, promienna, piękna taka wręcz radosna i zdrowa. Efekt działania wyczuwalny jest nawet po paru godzinach – skóra jest miękka w dotyku, genialnie nawilżona. Krem posiada SPF 15 więc można by go stosować jako krem na dzień, ale ma o wiele bogatszą konsystencję więc potrzebuje czasu żeby się wchłonąć, a do tego twarz po tym kremie się świeci więc odpada jako krem na dzień pod makijaż. Działanie tego kremu jest naprawdę fantastyczne!


PODSUMOWUJĄC całą małą WIELKĄ pielęgnację od Tołpy: 

Działanie tych trzech dermokosmetyków jako całość pielęgnacji oceniam bardzo dobrze. Stan mojej skóry się poprawił. Mniej niechcianych wyprysków, optymalne zwężenie porów i w pewnym stopniu zmniejszenie wydzielania sebum. Na pewno największym plusem tego całego planu pielęgnacji, który widocznie dla mnie miał najlepsze efekty jest Tołpa: Dermo face, hydrativ. nawilżający krem odprężający lekki i poleciłabym go z czystym sumieniem, bo działa fantastycznie. Tołpa: Dermo face, strefa t. matujący żel do mycia twarzy nie jest zły, spełnia swojej zadanie, ale mógłby działać lepiej / mocniej. Najgorzej sprawdził się Tołpa: Dermo face, strefa t. matujący krem nawilżający lekki, który niestety mnie rozczarował. Efekt matu jest dość dobry więc na pewno poleciłabym ten krem osobom o cerze tłustej na całą twarz. Właścicielkom cery mieszanej poradziłabym nakładać go wyłącznie na strefę T. 


Dajcie znać co sądzicie o tej recenzji i czy miałyście styczność z tymi produktami, a jeśli tak to jakie są Wasze doświadczenia?! 🙂

Kosmetyczne HITY i KITY Luty 2013

Witajcie :o)

Ostatnio dużo kosmetyków używam i zużywam do końca (projekt denko trwa!), ale z braku czasu nie mam ich kiedy opisywać. Przez co mam dość duże czasowe obsuwy… mam nadzieje, że mi to wybaczycie. 

Dziś zaległy wpis o HITACH I KITACH lutego 2013!

HITY
Siquens MedExpert krem przeciwko niedoskonałościom skóry (30 ml / 30 zł)

Po rozczarowaniu Siquens Prevention Krem pod oczy bardzo sceptycznie i ostrożnie sięgnęłam znów po produkt tej marki. Co się okazało: ten krem JEST GENIALNY!
Dzięki zawartości NDGA, kwasu oleanolowego oraz ekstraktu roślinnego bogatego w protoberberyny, a także właściwościom osmotycznym i hamującym aktywność 5 – alfa – reduktazy, wszechstronnie walczy z niedoskonałościami skóry, likwidując przyczyny ich powstawania oraz redukując już istniejące.
Krem działa przeciwzapalnie i przeciwbakteryjnie, normalizuje wydzielanie sebum, zwęża pory, redukuje zaskórniki i krostki. Dzięki kompleksowi minerałów (Ca, Cu, Mg, Zn) poprawia wygląd skóry, zapewnia jej odpowiednie nawilżenie i przyspiesza regenerację. Nie podrażnia i nie wysusza.
Zawiera formułę DermoSekwencyjną ™ umożliwiającą stopniowe uwalnianie substancji czynnych i aktywne działanie kremu przez cały dzień lub noc.
 
Mnie osobiście najbardziej urzekła redukcją już istniejących niedoskonałości. Wystarczy, że nałożyłam go na noc, a już rano nie było śladu po mniejszych wypryskach, a te większe były widocznie mniej zaczerwienione i szybciej się goiły. To wszystko w jedną noc! Jest dość tępy i treściwy w swojej konsystencji, ale świetnie nawilża, a jednocześnie po aplikacji daje matowe wykończenie. Po miesiącu jego stosowania moja twarz była naprawdę w rewelacyjnej kondycji. Jedyne co mnie w nim drażniło to zapach – kojarzył mi się z zapachem pubu pełnego palaczy. Na szczęście zapach ten szybko się ulatniał

MARIZA Selective Matujący puder ryżowy (5 g / 17,90 zł)
Zakochałam się w nim od pierwszego użycia. Jest to transparenty puder w kolorze białym, bardzo, ale to bardzo drobno zmielony. Otula twarz niewidzialną mgiełką i matuje na bardzo długie godziny. W moim przypadku (cera mieszana) to ok. 10h matu bez poprawek w ciągu dnia. Dzięki temu, że jest tak drobno zmielony nie ma efektu „mąki” na twarzy, jest wręcz niewidoczny. Daje satynowy efekt matu na twarzy. Komponuje się i współgra z różnymi rodzajami podkładów. Tak bardzo go polubiłam, że mam w zapasie kolejne opakowanie. POLECAM! 🙂
Bourjois Healthy Mix Fond de Teint (30 ml / ok. 60 zł)

Słynny i zachwalany „Burżuj„. Ile to ja się już o nim naczytałam i nasłuchałam ochów i achów. Musiał wcześniej czy później znaleźć się w mojej kosmetyczce. Natrafiła się promocja w Rossie i dorwałam go za 35 zł. I…. muszę potwierdzić, że coś jest w tym podkładzie. Początkowo obawiałam się jego nazwy, bo jest to podkład nawilżający, który jest przeznaczony do wszystkich typów skóry. A wiecie jak to jest: „co jest do wszystkiego do jest do niczego”. Ten podkład mnie PRZEMIŁO ZASKOCZYŁ. Fajna kremowa, ale niezbyt ciężka konsystencja, pół-matowe wykończenie. Krycie od bardzo lekkiego po średnie. Mało widoczny na twarzy, nie tworzy maski. Przy mojej cerze mieszanej strefa T przy tym podkładzie zaczyna się świecić po ok. 6-7 godzinach także wydaje mi się, że to całkiem fajny wynik jak na podkład, który nie jest matujący, niektóre podkłady typowo matujące wytrzymują znacznie mniej. Podoba mi się także gama kolorystyczna: są to naturalne beże, nie za żółte, nie za różowe czy pomarańczowe. Plus na wygodną pompkę i to, że widać na jakim etapie zużycia jesteśmy. Teraz już rozumiem dlaczego był tak zachwalany, jednak większość na zawsze rację, POLECAM spróbować.
Eva Natura Herbal Garden Dwufazowy Płyn do demakijażu oczu (150 ml / 11,49 zł)
Seria Herbal Garden to nowość od Eva Natura. Większość „babskich” gazet się o tej serii pochlebnie rozpisywało. Kupiłam dwa produkty z tej serii. Płyn dwufazowy skutecznie zmywa makijaż oraz zanieczyszczenia wrażliwych okolic oczu. Nie jest zbyt tłusty jak to bywa przy dwufazówkach, nie tworzy mgły na oczach po użyciu. Ekstrakt z ziela swietlika dodatkowo pielęgnuje i odżywia naskórek dzięki czemu można naprawdę długo przecierać oczy wacikiem, nie martwiąc się  o podrażnienie czy zatarcie oczu. Niestety ma jedną wadę: radzi sobie świetnie ze zmywaniem prawie wszystkiego po za produktami wodoodpornymi. Z moją maskarą z Yves Rocher (recenzja KLIK) niestety nie radzi sobie prawie wcale. Tu nie chodzi o rozmazywanie czy tworzenie pandy na oczach, po prostu w ogóle nie rozpuszcza tej maskary. Także kończę to opakowanie i pewnie nie wrócę do tego płynu ponownie chyba, że nie będę używać produktów wodoodpornych w makijażu to w takim przypadku POLECAM.

Eva Natura Herbal Garden Krem pod oczy i na powieki (25 ml / 7,69 zł)
Zgarnęłam ten krem z półki sklepowej razem z płynem dwufazowym. Delikatny krem – żel bogaty w naturalne substancje aktywne, który skutecznie pielęgnuje skórę wokół oczu. Zawiera ekstrakt z ziela swietlika, algi, polisacharydy i masło Shea. Najbardziej podoba mi się w tym kremie to, że świetnie nawilża i wygładza powierzchnię powiek. Przy takiej ilości makijaży pielęgnacja powiek jest dla mnie bardzo ważna. Skóra pod oczami jest także nawilżona i odświeżona. Bardzo szybko się wchłania. Duży plus za dużą pojemność, bo aż 25 ml za prawdę nie wielkie pieniądze. Jeśli szukacie prostego i naturalnego kremu pod oczy to jest to krem idealny dla Was.


KITY

Dermedic NORMATIV Oczyszczający żel do mycia twarzy (100 g / 25 zł)
Żel ma za zadanie ograniczać wydzielanie sebum pozostawiając skórę dobrze nawilżoną i przygotowaną do aplikacji preparatów pielęgnacyjnych. Miał działać przeciwłojotokowo i kojąco. Niestety nie spełnił się ani jeden postulat postawiony przez firmę Dermedic. Najbardziej denerwował mnie chemiczny zapach, konsystencja praktycznie wody, żel przelewa się przez palce przez co tracimy niepotrzebnie produkt. Przy myciu twarzy kiepsko się pieni, kiepsko oczyszcza, a po jego zmyciu mam wrażenie, że moja twarzy jest tak samo brudna jak przed użyciem tego żelu. Bardzo nie wydajny – zużyłam go w 3 tygodnie! Bardzo, bardzo kiepski żel, a po tej marce spodziewałam się czegoś lepszego. Klapa! 
 

Kosmetyczne HITY i KITY Styczeń 2013

Witajcie :o)

Czas na kosmetyczne podsumowanie stycznia. W tym miesiącu są to kosmetyki, które już miałam, ale odkryłam je na nowo albo kupione przez przypadek okazały się genialne. Także zapraszam do lektury. 

Zacznijmy najpierw od HITÓW:

The Secret Soap Store Olejek do ciała i do masażu Róża (100 ml / ok. 16 zł)

Kupiłam ten olejek na promocji w SuperPharmie za 8 zł. Wybrałam ten Różany. Od pierwszego użycia zakochałam się! Powiem tak: mój facet + ten olejek = boski masaż! Obłędny zapach, ale nie mdlący czy nachalny. Olejki zawsze kojarzyły mi się z czymś maksymalnie tłustym i każde ich użycie groziło, że wszystko dookoła będzie lepkie, tłuste i brudne. A tu niespodzianka! Olejek ten genialnie nawilża, zostawia delikatny film na skórze, ale nie musimy się obawiać, że wybrudzimy pościel czy piżamę, bo wchłania się w kilka sekund. Jest super do masażu, ale sprawdza się też genialnie po kąpieli. Skład to sama natura: Olej Shea, Olej Avocado, Olej Macadamia, Olej Jojoba, Oliwa z oliwek oraz Olejek Różany. Z linii olejków do ciała polskiej marki The Secret Sopa Store macie do wyboru nie tylko różę, ale też np. mięte, czekoladę, pomarańczę, lawendę, algi brązowe czy też rozgrzewający imbir! Jak skończę ten na pewno kupię sobie kolejną buteleczkę, ale tym razem może czekoladę albo lawendę.  
Lirene Dermoprogram City Matt Fluid Matująco-Wygładzający (30 ml / 25 zł)
Dokładnie w 6 miesięcy wykończyłam mój ukochany Pharmaceris F Fluid matujący z laktoflawiną. Potrzebowałam czegoś lekkiego na co dzień, a z drugiej strony nie miałam zbyt dużo kasy. Idąc nadal tropem polskiej marki Lirene skłoniłam się ku tańszemu bratu Pharmaceris. I co się okazało?! Lirene znów mnie nie zawiodło. Za to właśnie kocham polskie marki (często przez nas Polki niedoceniane). Świetnie matuje: o 6 rano go nakładam, a o 16-stej nadal moja twarz jest matowa! I to bez żadnych poprawek wciągu dnia. Jestem naprawdę przemile zaskoczona. Ma słodki, pudrowy zapach, który jeszcze około godziny od nałożenia jest wyczuwalny. Konsystencją i zachowaniem na twarzy przypomina mi Rimmel Match Perfection Cream Gel Foundation (recenzja TUTAJ) – jest taki żelowy, zimy, jakby mokry, ale dosłownie w 2 sekundy zamienia się w matowe, pudrowe wykończenie. Trzeba bardzo szybko go nakładać. Dlaczego jest taki dobry i skuteczny?! Specjalna formuła Nylon 12, sprawia, że skóra jest jedwabista i doskonale matowa, zastosowany system gąbeczek pochłania nadmiar sebum, witaminy E (dezaktywuje wolne rodniki) i C (poprawia koloryt cery) doskonalą kondycję skóry twarzy i zachowują młody wygląd. Podkład prawie idealny… niestety ma kiepskie krycie. Użycie korektora jest niezbędne. Nawet założywszy kilka warstw nie zakryje niedoskonałości. Gdyby nie to beznadziejne krycie powiedziałabym, że to jeden z ideałów wśród podkładów.  

Yves Rocher Lash Plumping Mascara Waterproof (9 ml / 49 zł) + zalotka BeBeauty z Rossmana (szt. / 9 zł)


Yes, Yes, Yes…! Wreszcie znalazłam genialny sposób na moje rzęsy. W mojej głowie zapamiętał się pewien patent: gdy chcemy skutecznie utrwalić pokręcenie zalotką należy użyć maskary wodoodpornej. Zalotkę już miałam: zwykła, najprostsza z Rossmana. Najlepszą maskarą jaką dotychczas spotkałam była Lash Plumping Mascara od Yves Rocher. Kupiłam wersję wodoodporną. I wreszcie mam swój efekt na rzęsach o którym tak marzyłam. Maskara Lash Plumping zastyga dosłownie po kilku sekundach więc podkręcone rzęsy zatoką nie zdążą się wyprostować. Szczoteczka z tej maskary ma miliony włosków więc idealnie rozczesuje rzęsy i nadaje objętości. Brak grudek czy nieestetycznych pajęczych nóżek. Dla mnie osobiście to cud. Moje rzęsy wreszcie są widoczne i pięknie wyglądają. Jeśli macie naprawdę oporne, proste, sztywne i krótkie rzęsy spróbujcie tego duetu, a zobaczycie WIELKI efekt Wow! 

Avon Planet Spa Dead Sea Minerals Facial Mud Mask (Maseczka błotna do twarzy z minerałami z Morza Martwego) (75 ml / ok. 30 zł)

Ja swoją mam w postaci takich trójkącików z Face Mask Gitfset gdzie są różne rodzaje maseczek Planet Spa Avonu, ale ta maska jest też w klasycznej tubce 75 ml. Maseczka ta jest bardzo gęsta przez to jeden taki trójkącik wystarczy na całą twarz. Ku mojemu zaskoczeniu ma bardzo piękny, przyjemny zapach (widocznie błoto nie musi śmierdzieć ;P). To szare błotko jest maską o kremowej konsystencji, która  głęboko penetruje pory, by usunąć wszelkie zanieczyszczenia oraz suche, martwe komórki naskórka. Także absorbuje nadmiar sebum z twarzy. Wyrównuje koloryt, wygładza i pomaga pozbyć się toksyn. Dzięki niej cera jest zdrowa, jędrna i pełna blasku. Kolejna maska Planet Spa do mojej kolekcji. 
Miss Sporty Just Clear Mascara (8 ml / 10 zł)

Kupiłam ją jakiś czas temu jako baza pod inne maskary, ale się nie sprawdziła w tej roli. Co się okazało – jest świetna jako żel do brwi. Powiem Wam więcej: jest o wiele lepsza niż kosmetyki specjalnie dedykowane brwiom. Lubię mieć podkreślone brwi, ale nie lubię jak wyglądają jak dorysowane. Swoje włoski podkreślam i koryguje cieniem do brwi Inglota, ale cień pozostawia pudrowość na włoskach. Ten przeźroczysty żel pięknie niweluje ten efekt, przeczesuje włoski przez co układają się i wyglądają naturalnie, a dodatkowo utrwala je na wiele godzin. Perfekcyjne, ale naturalne brwi to jest to!
Rihanna Reb´l Fleur Woda perfumowana (50 ml / ok. 100 zł)
Sprezentowała mi tej jakimś czas temu moja mama. Dostała je od kogoś innego, ale jej nie przypadły do gustu. Mi wręcz przeciwnie. To mój zapach. Rihanna chciała stworzyć perfumy, które oddawałyby jej charakter „coś pysznego, wyjątkowego, zapach z subtelną nutą, który relaksuje, a zarazem pozostawia w pamięci seksowne skojarzenie”. Perfumy Reb’l Fleur pachną dojrzałymi owocami, wanilią, paczulą i bursztynem, co ma odzwierciedlać silną i zmysłową osobowość kobiety. Gdy użyję tych perfum dodaje mi to pewności siebie i czuje się naprawdę 100%, silną kobietą. Taka kobiecość z pazurem zamknięta w buteleczce. 
Avon Solutions Nietłusty krem matujący na dzień SPF 15 (50 ml / 25 zł)

Pisałam o nim już w Kosmetycznych HITACH i KITACH w maju 2012. Wtedy trafił do kategorii KITÓW (KLIK). Leżał od tamtego momentu w szafce. Ostatnio postawiłam sobie za cel, że zużyje wszystko co mam otwarte nawet jeśli mnie nie zachwyciło. W miesiącach wiosenno-letnich ten krem nie zrobił na mnie najlepszego wrażenia, nie był zły, ale też nie robił szału. Co się okazało: w zimnym styczniu jak znalazł! Jest wystarczająco nawilżający na zimne dni, ale nie jest tłusty dzięki czemu nadaje się pod makijaż i nie świecimy się. Fajnie matuje i pielęgnuje skórę mojej twarzy i daje mi ochronę SPF 15. Widocznie czasami niektórym kosmetykom trzeba dać drugą szanse, żeby je docenić. O nim też TUTAJ.
 Niestety znalazły się także dwa KITY:
Claire’s Cosmetics Eye Glitter Palette (szt. / 39,90 zł)
Jestem nią mega rozczarowana! Kupiłam ją w grudniu (pokazywałam Wam ją TUTAJ) i od tamtej pory zmalowałam nią może kilka makijaży. Pomysł żelowych cieni z brokatu bardzo mi się podobał, bo to oznaczało rozwiązne problemu osypywania się go. No tak brokat się nie osypuje, ale przez żel całe cienie na powiece się ROLUJĄ! Wystarczy nałożyć ten brokat na całą powiekę, a już po kilku minutach cały cień roluje się okropnie w załamaniu powieki. Wygląda to paskudnie, wszystko się klei i przesuwa po powiece. Jedynym miejscem gdzie można stosować ten brokat to wewnętrzne kąciki oczu oraz dolna powieka – po prostu wszędzie tam gdzie skóra się nie rusza. Strasznie żałuje wydanych pieniędzy. Uważajcie na takie żelowe paletki.

Delia Cosmetics Dwufazowy zmywacz do paznokci Oliwkowy Wybielająco Regenerujący (220 ml / 8 zł)

Gdy go zobaczyłam na sklepowej półce bardzo mnie zaintrygował. Bardzo ciekawa koncepcja dwufazowego zmywacza do paznokci. Górna – żółta warstwa zmywa lakier, dolna – zielona – odżywia i regeneruje paznokcie. Składniki aktywne w tym zmywaczu to: oliwa z oliwek – intensywnie nawilża i regeneruje płytkę paznokcia oraz zapobiega pękaniu i złuszczaniu skórek, kwas AHA – rozjaśnia zniszczoną i przebarwioną płytkę paznokcia. Co do właściwości pielęgnacyjnych tego zmywacza nie mam wątpliwości – świetnie nawilża skórki oraz płytkę paznokcia. Ma cudowny zapach, który utrzymuje się na naszych dłoniach jeszcze przez długi czas. Niestety w tym zmywaczu jest po prostu mało zmywacza! Trzeba wylać przynajmniej 1/3 opakowania, żeby zmyć wszystkie paznokcie przez co staje się niewydajny. Oliwka, która jest zawarta w tym zmywaczu,  powoduje to, że wacik ślizga się po lakierze przez co zmywacz nie może penetrować lakieru, rozpuścić go i usunąć. Czynność zmywania jest pracochłonna i długotrwała. Pomysł sam w sobie dobry, ale coś poszło nie tak.

Kosmetyczne HITY i KITY Grudzień 2012

Witajcie 🙂

Z roku 2012 został mi jeszcze jeden miesiąc do opisania a mianowicie Grudzień. Później szykuje jeszcze tylko ulubieńców całego 2012 roku jako podsumowanie i takim sposobem wreszcie będzie porządek na blogu i zaległości nadrobione.



La Roche – Posay Toleriane TEINT FLUID (30 ml / ok. 80 zł)


 W tym podkładzie zakochałam się na dobre! Pisałam o nim już w Hitach Listopad 2012 (KLIK). Jestem uzależniona od jego właściwości pielęgnacyjnych oraz krycia. Twarz w tym podkładzie wygląda jak z Photoshopa. Grudzień oczywiście jest miesiącem świątecznym i każda z nas chce wyglądać perfekcyjnie i obłędnie. Dzięki temu podkładowi moja cera wyglądała pięknie! Jednak jest to dość ciężki podkład więc pewnie w letnie dni się nie sprawdzi, ale w zimowe, gdy temperatury są naprawdę niskie mam poczucie, że pielęgnuje moją twarz jak krem nawilżający i chroni przed mrozem. To może wydawać się dziwne, ale moja skóra naprawdę to czuje. 

W7 HONONULU Bronzer (6 g / 14,50 zł)

Dzięki temu bronzerowi polubiłam konturowanie. Teraz to takie proste! Kiedyś bałam się bronzerów, bo nie wyglądały na twarzy naturalnie. Jednak zawsze tą „linię” było widać. Honolulu rozprowadza się gładko i miękko, bardzo łatwo zatrzeć granice, a makijaż staje się tak naturalny, że prawie niewidoczny, a efekt konturowania pozostaje. Mój kosmetyk ROKU 2012 i pewnie jeszcze dłużej. Pełna recenzja tutaj. 

  Balneokosmetyki Biosiarczkowy Żel głeboko oczyszczający do mycia twarzy Cera mieszana i tłusta (200 ml / 28 zł)

W tym roku miałam już mnóstwo żeli i pianek do mycia twarzy. Każdy produkt w jakimś stopniu spełnił swoją role, czasami lepiej a czasami gorzej. Teraz gdy używam Biosiarczkowego żelu z Balneokosmetyki wszystkie inne żele wydają mi się przy nim beznadziejne. Teraz znam ten najlepszy, produkt na szóstkę. Strasznie się cieszę, że znalazł się w GlossyBoxie, bo możliwe, że nigdy nie wpadłby mi w ręce. Wszystko co pisze producent to prawda, a mianowicie: „Głęboko oczyszczający żel do mycia twarzy polecany jest do codziennej pielęgnacji cery z problemami. Dzięki wyjątkowo delikatnym substancjom myjącym żel dokładnie oczyszcza skórę z wszelkich zanieczyszczeń, nie podrażniając jej i nie powodując wysuszenia, a także odblokowuje pory, chroniąc przed powstawaniem zaskórników i wągrów. Specjalnie opracowana formuła, bogata w wodę siarczkową, borowinę i ekstrakt z kory wierzby pomaga usunąć nadmiar tłuszczu z powierzchni skóry i reguluje pracę gruczołów łojowych, zmniejszając wydzielanie sebum odpowiedzialnego za świecenie się skóry. Skutecznie zwalcza pryszcze i zapobiega powstawaniu nowych zmian trądzikowych. Dodatkowo drobinki jojoba głęboko oczyszczają i pielęgnują, zapewniając optymalne wygładzenie i nawilżenie skóry. Regularne stosowanie żelu poprawia kondycję i wygląd skóry, pozwala na skuteczną walkę z objawami trądziku i nadmiernym błyszczeniem się skóry. Sprawia, że pory stają się mniej widoczne, skóra jest lepiej oczyszczona i wygląda zdrowo.
 
Substancje aktywne: najsilniejsza na świecie woda siarczkowa – bardzo silnie zmineralizowana woda lecznicza o wyjątkowo wysokiej zawartości bioaktywnej siarki oraz innych mikro i makroelementów takich jaki: sód, wapń, magnez, potas, chlor, brom, jod, ekstrakt z kory wierzby – zawiera kwas salicylowy, który złuszcza, przyspiesza odnowę naskórka i działa antybakteryjnie, termoaktywna borowina – biologicznie czynny rodzaj torfu. Zawarte w niej kwasy organiczne i sole nadają jej właściwości przeciwzapalne, ściągające, rozgrzewające i bakteriobójcze, jojoba – zawarte w żelu drobinki jojoba głęboko oczyszczają i pielęgnują, zapewniając optymalne wygładzenie i nawilżenie skóry. Działa hamująco na naturalne wydzielanie sebum.

Jeśli macie problemy z Waszą mieszaną i tłustą cerą wypróbujcie ten żel. Polecam Wam go z całego serca, bo naprawdę działa! Nie zawiedziecie się! Ja osobiście na pewno kupię kolejne opakowanie. 

Dax Cosmetics Cashmere Eyeshadow Base (7 g / 27 zł)

Miałam już wiele różnych baz, każda była dobra, ale i każda miała jakieś wady. Dax Cosmetics spisał się na 6+. CASHMERE Eyeshadow Base jest bez wad i ma wszystko to czego od zawsze szukałam w bazach. Jest to baza pod cienie do powiek, o neutralnym, cielistym kolorze i delikatnej, kremowej konsystencji. Baza wygładza skórę powiek i wyrównuje jej koloryt, ułatwia rozprowadzanie cieni i kredek, zapobiega ich osypywaniu się, a także intensyfikuje ich kolor. Dzięki zastosowaniu bazy cienie nie ścierają się ani nie rolują w załamaniach powiek, a makijaż oka utrzymuje się aż do 15 godzin. Musicie ją mieć jeśli zależy Wam na perfekcyjnym makijażu oczu. Oczywiście ogromne opakowanie 7 g starczy mi pewnie na parę lat, ale jak sięgnę dna to na pewno kupię następne. Cudowna baza! 🙂
  
Chloé Woda perfumowana (30 ml / 230 zł; 50 ml / 320 zł; 75 ml / 395 zł)

Mój zapach grudnia! Zakochałam się w tym zapachu. Zapach Chloé to współczesna interpretacja róży o francuskim uroku – klasyczna róża została w sposób absolutnie genialny zinterpretowana poprzez współczesny zapach, który jest lekki i jednocześnie ciepły, elegancki i zarazem bardzo uwodzicielski. Porywająca esencja powstała z połączenia nut roślinno-pudrowych z energicznymi akcentami piwonii, liczi oraz wiosennej świeżości frezji. Zwiewne, kokieteryjne nuty wysokie stanowią podstawę jedynego w swoim rodzaju zmysłowego zapachu róży, który wydobywa się z aksamitnego środka kwiatu. Pojawiają się także oszałamiające nuty magnolii i konwalii, a całości dopełnia ciepłe tchnienie ambry i eleganckiego drewna cedrowego. Pewnie niektórym z Was nie przypadnie do gustu ponieważ jest to bardzo słodki zapach, ciężki a jednocześnie lekki i kobiecy! Idealnie opisuje mnie samą. Warto psiknąć się w drogerii i ponosić przez parę godzin, bo dopiero wtedy rozkwita jak róża. Tylko ta cena :/

L’oreal cień Color Infaillible nr 14 Eternal Black (3,5 g / 36 zł)

Powiem Wam, że jako maniaczka cieni do powieki próbowałam już wszystkiego i nie myślałam, że może mnie coś jeszcze w tej kwestii zaskoczyć. Ale człowiek uczy się całe życie… L’oreal zaskoczył mnie swoją innowacyjnością. Cienie do powiek Color Infaillible zawierają 4 razy więcej substancji wiążącej niż klasyczne cienie w kamieniu czy pigmenty. To nadaje im konsystencję pośrednią między pudrem a kremem i sprawia, że cienie są delikatne i aksamitne a ich aplikacja niezwykle prosta. Dzięki czemu nie osypują się. W przypadku cienia w kolorze czarnym w dodatku z brokatem to wręcz niemożliwe, a jednak! Kolor jest intensywny, a brokat pozostaje na powiekach całą noc i dzień! Cienie Color Infaillible utrzymują się na powiece przynajmniej przez 15h (bo nigdy nie miałam dłużej cienia na powiekach), niczym druga skóra. Są odporne na ścieranie i wodę, lecz przy tym łatwe w demakijażu. Nie obsypują się, nie gromadzą się w załamaniu powieki. Moje świąteczne Smokey Eye tym cieniem wyglądało obłędnie! Genialny wynalazek tylko dlaczego musi tyle kosztować?! :/


CLARENA Stem Cells Cream Krem z roślinnymi komórkami macierzystymi (50 ml / 142 zł)

Marka Clarena to profesjonalne produkty do pielęgnacji skóry dobierane do klientek indywidualnie. To nie jest marka, której produkty znajdziecie w drogerii czy galerii. To marka profesjonalna więc oczekiwania jakie są stawiane jej produktom są postawione bardzo wysoko. Krem z roślinnymi komórkami macierzystymi… hmmm jak to górnolotnie brzmi! A tak naprawdę to krem, który dzięki komórkom macierzystym stymuluje odnowę naskórka oraz syntezę kolagenu i elastyny. Anti-leukina 6 ma za zadanie hamować powstawanie stanu zapalnego i zmniejszyć ryzyko podrażnień skóry. Naturalna betaina, skwalen i witamina E mają nawilżać, odżywiać i chronić przed degradacyjnym wpływem wolnych rodników. Dla zwykłej śmiertelniczki brzmi to wszystko kosmicznie prawda?! Niestety za słowami nie idą efekty. Jak by ten krem zrobił mi jakąś „krzywdę” mogłabym go chociaż objechać, a tak nie robi NIC! Wielkie NIC! Tak szybko się wchłania, że po 2-3 minutach nie ma śladu, że nakładałyśmy krem. Nie nawilża, nie zmniejsza stanu zapalnego, nie ma żadnego odczuwalnego efektu zaraz po nałożeniu kremu, ani po jego dłuższym stosowaniu, a używałam go 1,5 miesiąca (zużyłam całe 30 ml próbki). Także nie zrobi Wam krzywdy, ale za porażającą kwotę 142 zł nie robić nic to grzech!

GlySkinCare Hydrating Eye Cream Krem pod oczy (EyePro™ 3X Complex) (15 ml / 40 zł)


Bardzo lubię jak w GlossyBoxach są kremy po oczy i do tego marek, których nie znam. Mam okazję przetestować coś nowego, świeżego. Jak zobaczyłam nazwę GlySkinCare nic mi to nie mówiło. Firma ta ma w swojej ofercie program odnowy skóry, w którego skład wchodzą kosmetyki. Cały program podzielony jest na etapy. Krem Hydrating Eye Cream zawiera się w etapie 3 czyli HydroStep. Nawilżanie. Krem ten dzięki zawartości EyePro™ 3X Complex ma poprawiać mikrocyrkulację, przez co zmniejsza opuchliznę oraz redukuje cienie pod oczami. Krem ma powstrzymywać procesy starzenia, poprawiając sprężystość i nawilżenie delikatnej skóry wokół oczu. Zadanie tego kremu to poprawić nawilżenie skóry wokół oczu, poprawić sprężystości skóry wokół oczu, redukcja cieni i opuchlizny pod oczami. Pierwsze co rzuciło mi się w oczu to konsystencja tego kosmetyku – bardzo rzadki, lejący się krem, prawie jak woda. Nakładając go pod oczy dosłownie w 1-2 sekundy się wchłania pozostawiając skórę taką suchą i napiętą. Po kilku minutach po zastosowaniu tego kremu miałam uczucie piasku w oczach i pieczenie. Oba efekty czyli napięta skóra i piasek w oczach, dają nieprzyjemny rezultat, który jest dyskomfortem dla oczu i skóry wokół nich. Stosowanie go na dłuższą metę było męczarnią dla oczu. Chciałam dać mu szansę, ale niestety to nie jest dobry kosmetyk. Lepiej w niego nie inwestować, nie warto. 

Essence Maskara Multi Action Blackest Black (szt. / 10 zł)


Czyli kultowa maskara Multi Action od Essence w wersji najczarniejszej z możliwych. Kupiłam ją tylko dlatego, że gdzie nie wejdę na jakiegokolwiek bloga Multi Action jest wychwala. Multi Action jest wielofunkcyjną maskarą, aby uzyskać efekt nadzwyczajnego pogrubienia, podkręcenia i wydłużenia rzęs czyli 3w1. I teraz rodzi się pytanie: czy wersja podstawowa (czyli ta z różowym wzorem) też jest taka sama jak ta czy tylko wersja z głęboką czernią jest taka do kitu?! Nie wiem i chyba już nie sprawdzę. Wiem tylko, że Blackest Black jest kiepska! Jakoś specjalnie czarniejsza nie jest (ma taki szarawy odcień), okropnie skleja rzęsy, bardzo szybko wysycha od pierwszego otwarcia tak, że po miesiącu miałam w niej już gluty, po paru godzinach osypuje się na policzki. Jakoś może ją zmęczę, ale na pewno do niej już więcej nie wrócę.

L’oreal FALSE LASH Telescopic (9 ml / ok. 55 zł)
Tak jak obiecałam odłożyłam ją na pewien czas i wróciłam ponownie z nadzieją, że będzie lepiej. Niestety nadal jestem na NIE! To co pisałam o niej poprzednim razem (Kosmetyczne HITY i KITY Listopad 2012) potwierdziło się. Zbyt wodnista, nie ma spektakularnego efektu tylko naturalny. Dla wielbicielek takiego looku pewnie będzie dobrym rozwiązaniem, ale dla dziewczyn, które (tak jak ja) naprawdę chcą, aby ich rzęsy były widoczne, bo same z siebie nie są czymś wybitnie urodziwym, będą bardzo niezadowolone. To będzie źle wydane 55 zł.

Kosmetyczne HITY i KITY Listopad 2012

Witajcie :o)

Pewnie wiele z Was jak zobaczyło w tytule postu LISTOPAD 2012 to złapało się za głowę, przecież to już było prawie trzy miesiące temu. Wszystko się zgadza, ale trochę „zaniedbałam” cykl KOSMETYCZNE HITY I KITY i teraz postawiłam nadrobić zaległości, aby na blogu był porządek i ciągłość notek. Także zapraszam Was w świat kosmetyków jeszcze w 2012 roku ;P



Tym razem nie będą dwie kategorie czyli HITY i KITY, lecz będzie jeszcze trzecia, którą nazwałam roboczo: „nie wiem czy HIT czy KIT?!”. Zacznijmy jednak od tych dobrych HITÓW:



La Roche – Posay Toleriane TEINT FLUID (30 ml / ok. 80 zł).
Mój ukochany podkład Pharmaceris F Fluid matujący z laktoflawiną SPF 20 powoli dotyka dna więc postanowiłam zaopatrzyć się w coś nowego. Przekonałam się, że warto zaufać jednak podkładom aptecznym. Zawsze chciałam przetestować Toleriane z La Roche – Posay. Nadarzyła się okazja, żeby kupić go w promocji. Początkowo byłam nim troszeczku zaskoczona, bo jest to naprawdę mocno kryjący podkład. Trzeba nauczyć się go dozować. Jest aż tak mocny, że nawet nie trzeba używać korektora pod oczy i na niedoskonałości. Podkład jest dedykowany do poprawiania wyglądu wszystkich niedoskonałości i ujednolica cerę dzięki dobrym właściwościom kryjącym. Wzbogacony o nowy, opatentowany środek nadający strukturę, ultra-łatwą w nakładaniu formułę można dostosować do swoich potrzeb, możemy ją też bez wysiłku rozprowadzić na skórze o niskiej tolerancji na kosmetyki, aby uzyskać rezultat naturalnego makijażu bez śladów i dać skórze długotrwały komfort. Dobrze tolerowany. Nie zatyka porów. Ochrona przed promieniowaniem UV SPF 25. 
Podkład ten spodoba się wszystkim tym z Was, które mają dużo do ukrycia (plamy po słoneczne czy mocne ślady po trądziku). Toleriane je zakryje, ale nie tworzy maski na twarzy. Składniki w nim zawarte ukoją Waszą skórę i zniwelują stan zapalny. Jest idealnym podkładem dla wrażliwców, jest jak kojący i treściwy krem, nie zatyka porów, ochrona SPF 25 uchroni waszą skórę przed szkodliwymi promieniami słonecznymi. Nie podkreśla suchych skórek czy wyprysków. Nie jest to podkład matujący więc należy go mocno przypudrować, ale wtedy bez świecenia wytrzymuje jakieś 6-7 godzin. Oczywiście trzeba używać go z umiarem, bo można z nim przesadzić i uzyskać efekt maski, ale z drugiej strony wystarczy naprawdę nie wielka ilość, żeby zakryć duże, rozległe niedoskonałości. Na razie jestem nim oczarowana i troszeczkę uzależniłam się od jego mocnego krycia. Mój Toleriane jest w odcieniu 11 czyli Clear Beige (Jasny Beż). Jest to odcień z dużą domieszką żółci i odrobiną różu. Ocieni jest 4 czyli 10, 11, 13 i 15. Odcień najjaśniejszy 10 spokojnie nada się dla bladolicych, bo nie jest pomarańczowy tylko czysto beżowy, bardzo jasny. 
W7 HONONULU Bronzer (6 g / 14,50 zł)
Zakochałam się w tym bronzerze! To jeden z najlepszych kosmetyków tego typu jakie miałam. Konturowanie twarzy tym kosmetykiem to czysta przyjemność. Kolor jest idealny, bo jest to mieszanka zimnego i ciepłego brązu co pozwoliło uniknąć uzyskania paskudnego pomarańczowego koloru. Bronzer jest matowy, bez drobinek, ale daje na skórze efekt satynowy. Nie można zrobić sobie nim krzywdy ponieważ pięknie i z łatwością się rozciera. Nie daje takiej wyraźniej kreski w miejscu nałożenia, a miękką plamę, która stapia się z naszą skórą. Pigmentacja też jest idealna – wystarczająco lekka do konturowania twarzy na co dzień dla uzyskania naturalnego efektu, ale na tyle mocna, aby stworzyć mocny efekt wieczorowy. GENIALNY BRONZER! Wszystko jest w nim idealne, nawet cena! POLECAM. 
Avon SuperShock Kredka żelowa do oczu (szt. / 25 zł)
Nie lubię eyelinerów w płynie ani w żelu ani w pisaku, nie umiem malować kresek i właściwie moje oko źle wygląda w graficznej kresce. Sprawa wygląda zupełnie inaczej jak sięgam po którąś z moim żelowych kredek z Avonu. Są stworzone dla moich powiek. Jeśli chcę uzyskać mocny efekt kreski, rozmytą kreskę, lekko pokreślić linię rzęs, trwałą kreskę na linii wodnej czy też otrzymać kolorową, wodoodporną bazę pod cienie – to wszystko zapewniają mi kredki SuperShock! Są wielofunkcyjne. Bardzo szybko zastygają na powiece stając się wodoodpornymi, a jednocześnie są tak miękkie, że lekko suną po powiece pod czas aplikacji. Kolory są świetne: Black – najczarniejsza z czerni jaką znam, Blackberry – fajne połączenie brązu/fioletu/burgundu, zaskoczycie niezwykłym kolorem, pięknie podkreśla zieloną i brązową tęczówkę, Golden Fawn – piękny, szampański odcień beżu na linię wody dla efektu powiększenia oka, Silver – mocno napigmentowane srebrno, idealne do rozświetlania wewnętrznych kącików lub zrobienia karnawałowej kreski. Jest jeszcze kobaltowy odcień, limitowany mam nadzieje, że kiedyś go dorwę. Na wiosnę wchodzą dwa nowe kolory, które muszą być moje. 
Yves Rocher Pogrubiający tusz do rzęs Sexy Pulp (szt. / 49 zł)

Swoją próbkę mam z jednego z GlossyBoxów. Kiedy zaczęłam go używać przypomniało mi się dlaczego lubię tak tusze do rzęs z Yves Rocher. Wszystko przez ich szczoteczki. Mają setki jak nie tysiące włosków, które perfekcyjnie rozczesują rzęsy. Bez żadnych grudek czy sklejania rzęs. Czerń tej maskary jest naprawdę czarna. Efekt tej maskary to oczywiście maksymalne pogrubienie rzęs i faktycznie taki efekt otrzymujemy. Jest tylko jeden minus tej maskary – niestety szczoteczka jest tak gigantyczna, że nie nadaje się do małych oczu, nie jest precyzyjna i trzeba nauczyć się ją obsługiwać. Mimo tej wady maskary z Yves Rocher są warte swojej ceny. Muszę wrócić do mojej ulubionej czyli Yves RocherLash Plumping Mascara.

Teraz niestety przejdżmy do tych, których nie polubiłam czyli KITY:


FlosLek LABORATORIUM Żel ze świetlikiem i aloesem do powiek i pod oczy (10 g / ok. 6 zł)

Mój największy zawód kosmetyczny tego roku! Sprawa jest naprawdę dziwna i zrobiłam nawet małe dochodzenie w tej sprawie. Ten żel był kiedyś moim ulubieńcem, kochałam go (recenzja KLIK). Kiedy poszłam do drogerii na półce były dwie wersje tego kosmetyku: w tubce 15 ml i w słoiczku 10 g. W słoiczku kosztował 6 zł, w tubce 7 zł więc sobie myślałam, że to to samo więc wzięłam w słoiczku. Jakież było moje zdziwienie, że TO NIE JEST TO SAMO! Przeszperałam stronę Flosleku i co się okazało? Ten w tubce (w którym się zakochałam) jest z serii FlosLek PHARMA, a ten w słoiczku FlosLek LABORATORIUM. To jeszcze nic! Opis i skład na opakowaniach mają DOKŁADNIE takie same – składnik w składnik (same zobaczcie: FlosLek PHARMA / FlosLek LABORATORIUM). Co najdziwniejsze mają ZUPEŁNIE INNE DZIAŁANIE. FlosLek PHARMA jest genialny: Przynosi ulgę, przyjemne uczucie delikatnego chłodzenia, powoduje ustąpienie uczucia tzw. „ciężkich powiek”. Łagodzi podrażnienia, zaczerwienienie, pieczenie spowodowane zabiegami kosmetycznymi takimi jak demakijaż, makijaż permanentny, henna. Likwiduje nadmierne złuszczanie się naskórka wokół rzęs. Ukojenie podrażnionych okolic oczu. Gładka, uspokojona skóra okolic oczu. I dlatego go uwielbiam. Niestety ten FlosLek LABORATORIUM to jego przeciwieństwo. Po nałożeniu tego żelu oczy pieką, łzawią, jest uczucie niesamowitego gorąca jak by ktoś przypalał nasze oczy zapalniczką. Oczy stają się jeszcze bardziej czerwone niż były. Dla mnie to SZOK! Ten sam skład, a tak różne efekty tylko dlatego, że inaczej się nazywają i są w innych opakowaniach?! Czy to w ogóle możliwe?! JEDNAK TAK! UWAŻAJCIE I CZYTAJCIE NAPISY!

Figs & Rouge Peppermint & Tea Tree Balm – Organiczny balsam z miętą (8 ml / ok. 20 zł)
Dostałam go w GlossyBoxie i pewnie sama bym sobie go nie kupiła ponieważ jeśli chodzi o zwykłe ochronne balsamy do ust uważam, że takie za 5 zł są najlepsze. Nie warto wydawać więcej na takie kosmetyki. Otóż miałam rację. To byłoby najgorzej wydaje 20 zł. Producent opisuje ten produkt słowami: „Organiczne składniki antybakteryjne i kojący wyciąg z mięty balsamu z miętowo-herbacianego sprawiają, że warto go mieć w nagłych potrzebach. To balsam o właściwościach ochronnych i leczniczych do użycia na podrażnione i spierzchnięte usta i skórę. Przydatny również w przypadku drobnych skaleczeń, obtarć i wyprysków – punktowe zastosowanie wspomaga proces regeneracji małych problemów skórnych.”. Niestety ten balsam jest dość niebezpieczny a to dlatego, że nałożony na usta podrażnia je. Na granicy czerwieni wargowej pojawiają się czerwone plamy, które swędzą i pieką. Nie wyobrażam sobie nałożenie go np na skaleczenie. Wydaje mi się, że to wszystko przez zawartą w tym kosmetyku mięte. Jest zbyt agresywna do tak delikatnej część ciała jak usta.  Może na wyschnięte skórki albo suche łokcie może i tak, ale broń boże na usta. UWAŻAJCIE!
L’oreal FALSE LASH Telescopic (9 ml / ok. 55 zł)
Miałam nadzieje, że tą maskarą wreszcie wygram z moim rzęsami. Z racji tego, że mam dość krótkie i proste rzęsy postawiałam postawić na maskarę stricte wydłużającą. False Lash Telescopic ma za zadanie wydłużyć nasze rzęsy dzięki unikalnej technologii elastycznych włókien, które przedłużają rzęsy do maksimum. Ergonomiczna szczoteczka ma chwytać i wydłużać nawet krótkie rzęsy. Szczoteczka bardzo mi się, bo faktycznie jej kształt i wielkość idealnie pasuje do krótkich rzęs i małych oczu. Można dotrzeć do każdej, nawet najmniejszej rzęsy. Niestety technologia elastycznych włókien chyba zawiodła. L’oreal reklamuje tą maskarę jako tą dająca efekt sztucznych rzęs. Ja bym raczej zaliczyła ją do tych dający naprawdę naturalny efekt. Lekko wydłuża i podkreśla rzęsy. Do tego maskara sama w sobie jest zbyt wodnista, wydaje mi się, że muszę ją odłożyć na jakiś czas żeby stężała wtedy wydaje mi się, że będzie lepsza. Do tego od razu po pomalowaniu nie można mrugać, bo odbija się na powiece. Potrzebuje czasu żeby wyschnąć. Czuje niedosyt w stosunku do tej maskary. Brakuje mi spektakularnego efektu. Za tą cenę nie warta zachodu.
A na koniec mam dla Was dwa kosmetyki o których sama nie wiem czy myśleć źle czy dobrze?! 
  
Nuxe Crème Fraîche de Beauté Light (50 ml / 109 zł)
Jest to lekka emulsja, która ma za danie nawilżać i koić naszą skórę przez 24 godziny. Jest to krem specjalnie dedykowany dla skóry mieszanej. Lekka konsystencja przeznaczona do pielęgnacji skóry mieszanej faktycznie sprawdza się idealnie. Skóra staje się świeża i gładka także dzięki odświeżającemu zapachowi. Niestety efekt nawilżenia nie utrzymuje się na pewno 24 godziny. Co więcej producent zapewnia, że dzięki tej emulsji nasza cera pozostanie matowa przez cały dzień. I tu rodzi się mój dylemat, bo efektu matowienia raczej nie zauważyłam. Powiedziałabym tak: jest to świetny krem nawilżający na co dzień pod makijaż, może nie będzie to nawilżenie na miarę 24 godzin, a raczej ok. 6 – 12 godzin, ale brakuje mi efektu matowienia, który obiecuje producent. Wtedy kosmetyk był by bardziej wartościowy i wart swojej ceny. Za zwykły krem nawilżający nie dałabym takiej sumy. Dobry krem, ale do ideału mu czegoś brakuje. Nie zachwycił mnie aż tak bardzo. 
Essence My Skin Krem matujący dla skóry normalnej i mieszanej (50 ml / 12 zł)
Jest to krem o lekkiej, budyniowej konsystencji. Bardzo szybko się wchłania więc idealnie nadaje się pod makijaż. Na opakowaniu powinno być ostrzeżenie: „Uwaga! Mocno matuje”. Producent obiecuje 12 godzin matu i tak też jest. Jest bardzo silny w tym matowieniu aż do tego stopnia, że ma się uczucie ściągnięcia na twarzy. Niestety przy efekcie tak silnego matu nie idzie w parze z nawilżeniem. Skóra jest napięta, gładka, sucha… z jednej strony efekt, który my posiadaczki świecącej się cery chcemy uzyskać, ale z drugiej strony to uczucie ściągnięcia powoduje dyskomfort w noszeniu tego kremu. Z racji używania tego kremu w okresie jesienno – zimowym powiedziałabym mu „nie”, bo nie nawilża, ale zostawię go sobie na letnie dni, gdy potrzebuje pomocy w matowieniu mojej twarzy. Dodatkowo krem posiada filtry UVA i UVB! Z jednej strony go nienawidzę, z drugiej kocham…. trudny związek!
I to było by na tyle w miesiącu listopadzie jeśli chodzi o mają kosmetyczkę. Dajcie znać co myślicie o tych kosmetykach. Może macie innej zdanie albo takie samo?!

Kosmetyczne HITY i KITY Wrzesień 2012

Witajcie :o)

Wrzesień był kolejnym miesiącem oszczędzania więc mania zużywania trwa. Jest tylko parę produktów z GlossyBoxów oczywiście oraz starzy znajomi, który odkryłam na nowo. 

Zaczynamy od HITÓW:



Yoskine Mikrodermabrazja Szafirowy Peeling Przeciwzmarszczkowy Cera normalna i mieszana (75 ml/ok. 30-40 zł)


Ccccuuuudddoooowwwnnnyyyy!!! peeling. To kosmetyk na szóstkę. W sumie nie ma wad (chyba, że cena mogłaby być odrobinkę niższa). Kosmetyk ze sproszkowanym Szafirem, który posiada rewelacyjne właściwości polerowania skóry poprzez powierzchniowe ścieranie martwych komórek naskórka. Dzięki temu znakomicie oczyszcza i zmniejsza rozszerzone pory, a także widocznie wygładza strukturę naskórka. Zawiera Duo-Kwas hialuronowy HMW+LMW, który wygładza zmarszczki, ujędrnia skórę i intensywnie nawilża. Sebumatrix redukuje wydzielanie serum i zwęża pory, a lipidy zbożowe zabezpieczają skórę przed wysuszaniem, ściąganiem i szorstkością. Idealnie nadaje się do mikrodermabrazji skóry. Pobudza samo regenerację komórek, co sprawia, że skóra zyskuje zdrowy koloryt i świeży, młodzieńczy wygląd. Większość peelignów to baza, w której zatopione są drobinki peelingujące. Tutaj cały peeling to drobinki, które są mniejsze od ziarnka piasku. Tak dokładnie wypeelingowanej twarzy jeszcze nie miałam! Naskórek jest złuszczony, ale nie podrażniony. Po zmyciu nie ma uczucia dyskomfortu ściągnięcia czy pieczenia. Bardzo wydajny produkt także tubka 75 ml wystarczy na dobre kilka miesięcy ponieważ trzeba go stosować raz w tygodniu. Efekty naprawdę utrzymują się przez cały tydzień. Cera jest promienna, pełna blasku i młodzieńczego wigoru. 

Yves Rocher Cure Solutions Anti-Fatigue, Kuracja usuwająca oznaki zmęczenia Krem rewitalizujący 24H (50 ml/115 zł)

Swoją próbkę 15 ml dostałam kiedyś jako gratis do zamówienia. Jak ją zobaczyłam i przeczytałam do czego jest, podeszłam do tego kremu bardzo sceptycznie i odłożyłam na półkę. BŁĄD!!! To nie jest zwykły krem. TO KURACJA!!! To cudo coś w sobie ma. A mianowicie zawiera wyciąg z liści winorośli czerwonej, bogatych w polifenole. Roślina korzystnie wpływa na system naczyniowy, wzmacnia ścianki naczynek krwionośnych, poprawia mikro-krążenie skórne. Wskazania do stosowania tego kremu to  skóra zmęczona, w okresie stresu, przy zamianach pór roku, zmianach rytmu życia; blada, poszarzała cera, bez wigoru. Producent obiecuję, że w ciągu miesiąca: łagodzi rysy twarzy, rewitalizuje  skórę, wygładza zmarszczki. Powiem Wam, że moja skóra tego wszystkiego doświadczyła. Po każdym użyciu skóra twarzy miała więcej blasku, zdrowego kolorytu, młodzieńczego wigoru, delikatności… jest jakaś magia w tej kuracji! To ma być kuracja miesięczna więc zastanawiam się dlaczego Yves Rocher zdecydowało się na tak wielką pojemność 50 ml. Moja próbka 15 ml wystarczyła mi dokładnie na miesiąc. Więc jeśli będziecie mieć propozycję gratisu do zamówienia to wybierzcie sobie ten krem. Ma bardzo ciekawą konsystencję – jest bardzo twardy, zbity, zachowuję się na twarzy jak ciężka maść. Myślałam, że przez to będzie przetłuszczać twarz, ale wręcz było odwrotnie. Wchłania się w kilka sekund pozostawiając skórę nawilżoną, ale nie tłustą, świecącą, daje taki efekt „matowienia” skóry, bardzo dziwne odczucie. Dość tempo się rozsmarowuje więc warto przed użyciem spryskać twarz wodą termalną albo tonikiem. Nie wierzyłam w coś takiego aż do tego kremu. Efekty są…. naprawdę!

e.l.f. Contouring Blush & Bronzing Powder (szt./ok. 20 zł na allegro)

Swojej sztuki akurat nie kupiłam, a posiadam z wymianki (jeszcze dawno dawno temu). We wrześniu coś mnie naszło na konturowanie twarzy. Każdy makijaż okraszałam bronzerem. Moja twarz jest wyjątkowo okrągła więc aby nadać jej lepszego, smuklejszego kształtu powinnam używać bronzera. W makijażu wieczorowym czy np w telewizji nie razi wyraźna linia pod kością policzkową, ale w dziennym looku potrzeba czegoś bardziej subtelniejszego. I chwała za to bronzerowi z e.l.f., że można go stopniować. Jeśli chce lekko zaznaczyć kości policzkowe nakładam nie wielką ilość i dobrze rozcieram dużym pędzlem. Jeśli chce uzyskać mocne wykonturowanie nakładam większą ilość i tylko odrobinę rozcieram. Daje naprawdę fajny, „naturalny” efekt. Pomimo, że posiada w sobie złote drobinki to i tak nie widać ich na twarzy. Daje satynowe wykończenie z lekkim błyskiem. Kolor nie jest idealne naturalny, ma w sobie odrobinę pomarańczowych tonów, ale na mojej lekko żółtej cerze się sprawdza taki odcień. Bronzer z tego duo jest na TAK, ale niestety róż/rozświetlacz to bubel. Na róż ma za małą pigmentację, a jako rozświetlacz się nie sprawdza, bo nie tworzy przyjemnej „tafii wody” na kości policzkowej. Może to nie jest idealne duo do konturowania, ale warte swojej ceny ze względu na bronzer. 
Moje ulubione trio do układania włosów:


Taft Looks Designer Look Modelling Spray Gel czyli żel w sprayu (200 ml/ok. 10 zł)

Sam w sobie jest słabym żelem i nie daje się do układania fryzury, ale znalazłam dla niego inne, lepsze zastosowanie. Przy układaniu fryzur mocno stylizowanych tj. irokez włosy nie mogą być sypkie i puszyste. Oczywiście takie są po dokładnym umyciu szamponem. Żeby się tego pozbyć mokre włosy spryskuję właśnie żelem Taft i suszę. Dzięki temu nadaję włosom tekstury i same zaczynają się układać już pod czas suszenia. Ale ten żel nie będzie tylko pomocnych dla osób, które mocno stylizują swoje fryzury. Jeśli macie problem z odstającymi kosmykami włosów lub chcecie wygładzić włosy ten żel świetnie to robi. Nie skleja włosów, bardzo łatwy w rozczesaniu i bardzo przyjemna aplikacja dzięki atomizerowi, nie trzeba bawić się w brudzenie rąk.

Taft Looks Stand Up Look Żel Extreme (150 ml/15 zł)

Po wysuszeniu włosów czas na ich ułożenie. Aby nadać kształtu fryzurze używam albo pasty/wosku albo właśnie żelu. Żel z Taft świetnie się do tego nadaje. Ten Stand Up ma moc 5 w skali na 7. Nie pozostawia resztek na włosach. Bez sklejania włosów. Łatwy do usunięcia. 

Joico Joimist Firm Finishing Spray Lakier do włosów (300 ml/15 zł na allegro)

Kupiłam go przypadkowo. Zamawiając parę rzeczy od jednego sprzedawcy w jego aukcjach ujrzałam ten lakier. Skuszona dobrą ceną i dobrymi opiniami w necie dorzuciłam do koszyka. Nie żałuję. To jest NAJMOCNIEJSZY lakier jaki kiedykolwiek miałam. Postawi i utrwali naprawdę wszystko. Ma poziom utrwalenia 4 z 5, więc nie chce wiedzieć jaka musi być 5 jak ten jest ekstremalnie mocny. Mimo, że jest tak mocny da się z nim pracować. Ja osobiście układam i nadaje ostatecznego kształtu fryzurze właśnie lakierem do włosów. Dlatego też lakier musi mieć pewne specyficzne właściwości. Musi być odpowiednio lepki, aby układać włosy, ale nie zbyt klejący, aby nie skleić włosów w stronki. Nie zasychać zbyt szybko na włosach, żebym mogła zdążyć je ułożyć zanim lakier zastygnie. Mieć mokrą strukturę (broń może suchą), bo takim lakierem włosy układa się jak żelem, jest to bardzo wygodne. Właśnie takie właściwości posiada lakier Joico. Jednym jego minusem jest zapach – okropnie śmierdzi (a potrafię dużo wytrzymać). 

Niestety były też dwa duże rozczarowania tego miesiąca:


Clinique All About Eyes Krem pod oczy (15ml/165 zł)

Byłam bardzo podekscytowana jak zobaczyłam 5 ml próbkę w GlossyBoxie. Wypróbować tak drogi i ekskluzywny kosmetyk to rarytas. Niestety ten krem to moje największe ROZCZAROWANIE miesiąca. Mam bardzo mieszane odczucia. Walczyłam z tym kremem cały miesiąc, naprawdę chciałam dać mu szansę, ale niestety nic z tego. Zużyłam pół opakowania i na tym koniec! Krem ma konsystencję kremu/żelu bardzo lekkiego, ale po rozprowadzeniu na skórze czuję się taką jak by „silikonową” powłokę co niby ma sprawiać, że makijaż oczu dłużej się utrzymuje. Pozornie wydaje się, że skóra pod oczami i na powiekach jest nawilżona, ale to złudne wrażenie. Ale nie to jest najgorsze. Bardzo podrażnił mi oczy. Nie mam wrażliwych oczu a dzięki Clinique już mam. Niestety teraz jeszcze przez kilka tygodniu będę „leczyć się” z tego kremu. Pieczenie i mgła na oczach była niedoniesienia. Wycofałam go ze swojej pielęgnacji i okazało się, że to on był winowajcom moich problemów z oczami. Pokusiłabym się o stwierdzenie, że jest to niebezpieczny kosmetyk. Uważałabym na niego…
Schwarzkopf Professional Szampon BC Oil Miracle (200 ml/55 zł)

Chyba nie mam ostatnio szczęścia do szamponów. Ten z Schwarzkopf nie jest wyjątkiem. Jest to luksusowy szampon na bazie cennego olejku arganowego – Berberys Gold stworzony w oparciu o przełomową technologię mikro-emulsyjną. Emulsja umożliwia wprowadzenie do wewnętrznych warstw włosa dużej ilości dobroczynnego olejku podczas mycia szamponem. Sprawia, że na zewnętrznej warstwie włosa pozostaje jedynie niezbędna ilość olejku, co gwarantuje spektakularny efekt pielęgnacyjny bez obciążania. Lepsze odżywienie gwarantuje również luksusowa, krystaliczna konsystencja szamponu. Wszystko to brzmi bardzo górnolotnie, ale szampon nie spełnia podstawowego zadania – mycie włosów. Kiepsko się pieni, trzeba umyć włosy przynajmniej 2-3 razy żeby mieć pewność, że włosy są czyste. Szamponu trzeba użyć dość sporo przez co nie jest wydajny. Mam krótkie włosy, a tego szamponu zużyłam tyle jak bym miała je bardzo długie. W swojej konsystencji jest bardzo toporny, ciężki do rozprowadzenia i rozpuszczenia w wodzie. Może dlatego, że zawiera olejek. Dla mnie osobiście jest na NIE! Może dla osób, które mają mało do zmycia z włosów albo mają duże problemy z włosami się sprawdzi. Do zmywania lakieru i żelu z włosów to totalny bubel. Może lepiej sprawdzi się jak potraktuje się go jako odżywkę do włosów?!

I tak właśnie zleciał mi kosmetycznie wrzesień. A jak tam u Was było?!

Kosmetyczne HITY i KITY Sierpień 2012

Witajcie :o)

Kosmetycznie sierpień minął mi bez zakupowo (noooo prawie ;o) ). A jak nie wiadomo o co chodzi to chodzi o pieniądze. A mianowicie czeka mnie duży, niekosmetyczny wydatek, którego najchętniej bym nie chciała. Niestety mus to mus… i dlatego w tym miesiącu ostro wzięłam się za wszystko co mam na łazienkowych półkach oraz za próbki z GlossyBoxów. Może to i dobrze?! Zmobilizowało mnie to do skończenia produktów, które gdzieś tam zalegały z różnych powodów. Parę pustych opakowań wylądowało wreszcie w koszu.

Mimo wzmożonego zużywania w tym miesiącu tylko parę produktów stało się moimi HITAMI:


Essence My Skin 4in1 Cleansing Cream / Krem do mycia twarzy 4w1 (150ml / 13 zł)

Produkty My Skin od Essence to był mój praktycznie jedyny, większy zakup w tym miesiącu. Nie mogąc się zdecydować, który produkt do mycia twarzy kupić, ze sklepowej półki wzięłam oba. Niestety tylko Krem do mycia twarzy 4w1 okazał się hitem. Ma bardzo zbitą, treściwą konsystencję. Ma lekko brzoskwiniowy kolor i zawiera w sobie niebieskie i czerwone drobinki peelingujące. Świetnie pachnie owocami – coś jak słodka brzoskwinia zmieszana z cytrusami. A działanie?! Świetne! Genialnie peelinguje twarz z martwego naskórka pozostawiając skórę gładką jak pupcia niemowlaka. Skórka po tym kremie jest lekko zaróżowiona a to dlatego, że drobinki są dość ostre. Ostrzeżenie dla tych z Was, które mają bardzo wrażliwą skórę – niestety ten peeling myjący nie będzie dla Was dobry, bo jest zdecydowanie za ostry, ale dla tych z Was, które lubią ostrzejsze, mocniejsze peelingi – będzie w sam raz. Dlatego, że jest dość mocny raczej lepiej stosować go co drugi, a nawet trzeci dzień. Zdecydowanie wystarczy. Super zmywa resztki makijażu oraz pozbywa się całodniowego sebum. Myje, oczyszcza pory lecz jak zapewnia producent nie matuje. Jako wariant maski na twarz też całkiem nie źle się sprawuje. Kosmetyk godny polecenia i wypróbowania na sobie. 

Avon Planet Spa White Tea Energising Face Mask /Energizująca maseczka z biała herbatą (75 ml / 27 zł)

Jestem wielką fanką maseczek z Avonu z serii Planet Spa. Są to jedne z tych produktów z Avonu, które są skuteczne i naprawdę działają. Mam wszystkie rodzaje tych maseczek, ale ta z białą herbatą mnie totalnie zaskoczyła! Jest to maseczka typu „peel off” czyli nakładamy, czekamy ok 30 min aż całkowicie wyschnie i ściągamy ją jednym płatem. To jak twarz po niej wygląda to jest wielkie WOW! Super nawilżona, gładka, czysta, pełna energii i… lekko zliftingowana. Powiedziałabym nawet, że lekko wyrównuje kolory skóry przez co nadaje skórze przyjemnego blasku. Ten efekt liftingu najbardziej mnie zaskoczył. To bardzo przyjemne naciągnięcie skóry daje ogromny efekt. Skóra jest pełna blasku i energii, a efekty tej maski utrzymują się jeszcze przez tydzień. MUSICIE JĄ MIEĆ!!! Tylko pamiętajcie kupicie ją jak będzie na jakieś promocji za 9,99 zł ;). 

Bourjois Micellar Cleansing Water / Woda micelarna do demakijażu twarzy i oczu (250 ml / 15 zł)


Jak zobaczycie wstecz na moje kity poprzednich miesięcy to praktycznie w każdym miesiącu był jakiś bubel do demakijażu. Chyba ostatnio przeszłam jakieś 5-6 produktów tego typu. Żaden nie był tak cudowny jak woda micelarna od Bourjois. To mój święty Grall wśród produktów do demakijażu. Wróciłam do tej wody jak syn marnotrawny. Dopiero jak się coś straci to się to docenia. Podświadomie wszystkie testowane kosmetyki do demakijażu porównuje z Bourjois. Trzeba powiedzieć to głośno: NIE OPUSZCZĘ CIĘ AŻ DO ŚMIERCI! Pewnie wiele z Was już zna to cudo, bo jest to Kosmetyk Wszech Czasów na Wizaż.pl. Moja recenzja jest do przeczytania TUTAJ






LancrOne Make Up Tapered Blending E327 / Pędzel do cieni (11,90 zł / szt.)

Od zakupu pojedynczych pędzli LancrOne z linii Professional będzie już mijać rok! (TUTAJ link do zakupów). Dzień w dzień ich używam i za każdym razem odkrywam ich zastosowania na nowo. Bohaterem sierpnia jest pędzel E327 czyli typowy „puchacz” do rozcierania cieni. Pędzel specjalnie zaprojektowany do mieszania i łączenia ze sobą cieni w załamaniu powieki i rozcierania granic między kolorami. Zaokrąglone i stożkowo ułożone naturalne włosie wiewiórki. Puszysty, miękki i delikatny. Ani jeden włosek z niego nie wypadł. Po każdym praniu jest wciąż tak samo puszysty i zachowuje swój kształt. Jak zobaczycie moje makijaże z sierpnia są one mocno porozcierane, kolory przechodzą jeden w drugi. To jest właśnie zasługa tego pędzla. Potrafi stworzyć przepiękną smugę koloru na powiece, nawet z cieni matowych, które są ciężkie do rozcierania. Gdy trzeba połączyć ze sobą kolory, aby uzyskać płynne przejście, jest NIEZASTĄPIONY!!! Nie jest pędzlem precyzyjnym więc nadaje się tylko do rozcierania, ale robi to fenomenalnie. Do kupienia TUTAJ.

Lierac Mesolift Creme / Rozświetlający krem redukujący zmęczenie skóry (50 ml / ponad 110 zł)

  

Moja 10 ml próbka pochodzi oczywiście z GlossyBoxa. Co mnie najbardziej zdziwiło w tym kremie to wydajność – próbka wystarczyła mi na MIESIĄC!!! Dokładnie ostatnią porcję wycisnęłam 31 sierpnia, a od razu zaznaczę, że nie oszczędzałam go jakoś specjalnie. Jest to produkt walczący z oznakami zmęczenia skóry. Rozświetla, wygładza i doskonale nawilża. Skóra wraca do formy: natychmiast odzyskuje blask, staje się gładka i bardziej elastyczna, jest idealnie nawilżona. Byłam zaskoczona, że krem, która tak naprawdę przeznaczony jest do wszystkich typów skóry, tak dobrze działa i na skórę mieszaną. Ma lekką konsystencję więc nie przetłuszczał mojej skóry, a jednocześnie tak bogaty, że idealnie nawilża. Świetny pod makijaż, nic nie spływa i się nie waży. Jedyny mankament to cena! Szkoda… nigdy więcej pewnie go nie kupię, ale cieszę się, że przynajmniej przez ten jeden miesiąc moja skóra miała tyle blasku!

Cien Volume HairSpray / Lakier do włosów z Lidla (400 ml / 5,50 zł)


Jeszcze miesiąc temu jeśli ktoś powiedział by mi, że kupię lakier do włosów z Lidla i jeszcze będę się nim zachwycać to popukałabym go w czoło. Oczywiście nic nie mam do Lidla… chodzi o to, że mam bardzo specyficzne wymagania co do lakieru do włosów wynikające oczywiście z mojej fryzury irokeza. Może Wam się wydawać, że lakier dla mnie musi być mocny i trwały jak skała. W pewnym sensie tak, ale niekoniecznie, bo inne jego właściwości też świadczą o tym, że będzie dobry. Te inne właściwości ma właśnie lakier z Cien. Mój ma 4 z pięciostopniowej skali trwałości. Ale to nie jest najważniejsze. To jest lakier nadający objętości więc automatycznie podnosi mi włosy jeszcze bardziej co jest ważne przy irokezie. Przy spryskaniu włosów nie jest suchy, a lekko mokry co pozwala mi stylizować fryzurę lakierem do włosów, a nie żelem, co ja osobiście zawsze robię, bo wtedy irokez ma fajną teksturę. Troszeczkę skleja włosy, ale u mnie jest to pożądane ponieważ mogę wyeksponować pojedyncze kosmyki włosów. No i oczywiście…. wielgaśna butla za 5 zł! Takie ilości lakieru co ja zużywam to to jest idealny rozmiar dla mnie. Coś mi się wydaje, że wybiorę się do Lidla po zapas?! 

Ale jak to w przyrodzie bywa, musi być równowaga we wszechświecie i w miesiącu sierpniu znalazły się też trzy niechlubne KITY:

 

Essence My Skin Soft Cleansing Gel / Żel do mycia twarzy (150 ml / 11 zł)


Niestety, ale ten żel nie poszedł w ślady za swoim bratem kremem do mycia twarzy. Oprócz fajnego, słodkiego, owocowego zapachu nie ma nic więcej do zaoferowania. Po pierwsze ma zbyt lejącą konsystencję jak na żel, przelewa się przez palce. Po drugie kiepsko myje. Myjąc nim twarz mam wrażenie jak by ślizgał się po warstwie sebum nie zmywając go. Tak jak by się nie imał sebum, nie rozpuszczał go. Resztki makijażu całkiem, całkiem dobrze domywa, ale bez szału. Po umyciu mam poczucie, że moja twarz nadal jest brudna i nie domyta. Ma podobno intensywnie nawilżać, ale uczucie nawilżenia, a uczucie tłustej i niedomytej twarzy to chyba jednak nie to samo. Nie polecam wydawać nawet 11 zł. 

Siquens Prevention Krem pod oczy (15 ml / 44 zł)

Swój egzemplarz mam z GlossyBoxa i całe szczęście, że sama sobie go nie kupiłam, bo to były by najgorzej wydaje 44 zł w moim życiu. Producent opisuje ten krem takimi słowami: „Zapobiega procesom starzenia się skóry. Nawilża, wygładza i chroni delikatną skórę wokół oczu, jednocześnie likwidując cienie i opuchliznę. Długotrwale nawilża skórę, Wygładza pierwsze zmarszczki wokół oczu, Redukuje oznaki zmęczenia, cienie i opuchliznę pod oczami, Opóźnia procesy starzenia się skóry, Nie podrażnia”. Chyba jeszcze zapomnieli dopisać… krawaty wiąże i przerywa ciąże (jak to mówi mój chłopak). Co jest do wszystkiego to jest do niczego! Ta stara maksyma sprawdza się w przypadku tego kremu. Nie nawilża mimo dość bogatej konsystencji. Jakimś dziwnym trafem zawsze właził mi do oczu podrażniając je, a nie mam zbyt wrażliwych oczu. O redukcji opuchlizny z rana czy cieni wieczorem można tylko pomarzyć! Niby naszpikowany cudami z laboratorium, a o niebo lepszy jest od niego zwykły żel ze świetlikiem z FlosLeku (Recenzja TUTAJ). A żeby tego było mało ma w sobie rozświetlające drobinki, które takim fajnymi drobinkami nie są, bo to świecący brokat jest. W sztucznym świetle Wasza skóra pod oczami będzie świeci się jak choinka na święta. Nie, dziękujemy…. 

Lierac GEL DOUCHE SENSORIEL / Zmysłowy żel pod prysznic (150 ml / 44 zł)


Moje 30 ml pochodzi z GlossyBoxa. Lierac tak piszę o swoim produkcie: „Zmysłowy żel pod prysznic. Jego formuła została oparta na kompleksie składników roślinnych o udowodnionym działaniu regeneracyjnym i ochronnym. Skóra po zastosowaniu jest wspaniale nawilżona, a subtelny zapach trzech kwiatów pozostaje na skórze przez cały dzień, dając uczucie świeżości”. Ten kosmetyk określiłabym jednoznacznie: żel jak żel. Myje całkiem dobrze, fajnie się pieni i cóż więcej. Szału nie ma. Robi dokładnie to samo co zwykły żel pod prysznic np. Nivea za 8 zł a nie 44 zł. A ten zapach trzech kwiatów to kojarzy mi się z ekskluzywnym klubem dla bogaczy gdzie krąży zapach drogich perfum zmieszanych z zapachem cygar. Nie wiem może to jest bardzo ekskluzywny zapach, ale jakoś wolę nie pachnieć dymem papierosowym :o/

I to już wszystkie HITY I KITY Sierpnia 2012. Nie zawsze droższe znaczy lepsze, a tańsze… czasami warto przetestować. 
 
Enjoy!!! ;o)

Kosmetyczne HITY i KITY Lipiec 2012

Witajcie :o)

Lipiec już za nami. Mi osobiście bardzo szybko zleciał – może dlatego, że miałam dwa tygodnie urlopu, a to co przyjemne szybko się kończy. A co mi kosmetycznie umilało lipiec?! 


L’oreal Féria Préférence P78 Pure Paprika Bardzo Intensywna Miedź (ok. 35 zł)
Każda z Was, która szuka na drogeryjnych pułkach mocnego, rudego koloru dobrze wie, że to prawie niemożliwe. Ale jest jedna perełka – cudny kolor P78 od L’oreala. Używałam kiedyś tej farby i aż tak bardzo nie przypadła mi do gustu. Nowa formuła tego produktu zmieniła wszystko! Kolor jest „oczojebny” bez zbędnych rozjaśniaczy, idealnie pokrywa nawet krótkie włoski, bardzo długo utrzymuje się intensywny kolor (ok. miesiąca). I co dla mnie jest hitem w tej farbie to odżywka upiększająca kolor do wielokrotnego użytku, która zawiera filtr UV oraz witaminę E. W większości farb odżywka jest tylko na jeden raz. Ta tubka z L’oreala wystarczy na ok. 5-6 aplikacji. Włosy są miękkie, delikatne, lśniące i idealnie chroni nasz kolor przed wypłukaniem czy też blaknięciem. Dla mnie warta swojej ceny! Trzeba pamiętać tylko o specyficznej aplikacji: jest to bardzo gęsty krem więc po nałożeniu trzeba pomasować całe włosy takimi ruchami jak przy myciu włosów ok 5 min wtedy kolor równomiernie się rozłoży i wniknie we włosy. A o to efekt: KLIK

Pharmaceris F Fluid matujący z laktoflawiną SPF 20 (30ml/ok 40 zł)

Po wypróbowaniu próbki byłam tak oczarowana tym pokładem, że musiałam go kupić. To mój święty Graal wśród pokładów. Wszystkie makijaże, które widziałyście w lipcu na moim blogu są wykonane przy użyciu tego pokładu. Jedna z Was napisała ” Uwielbiam twoją promienną, ciepłą cerę!”. To właśnie efekt tego fluidu. Mogłabym się rozpisywać o tym pokładzie w samych superlatywach w nieskończoność. Codziennie rano gdy go nakładam jak by od nowa zachwycam się jak genialnie wygląda na twarzy. Jego lekka formuła sprawdza się nawet w 30 stopniowych upałach. Nic nie spływa, nie ściera się ani nie rozmazuje pod wpływem potu. 10 godziny mat to dla mnie świetny wynik. Nie zawiera parabenów, pielęgnuje moją skórę twarzy. Po prostu go KOCHAM!!!
Vichy Eau Thermale – Woda termalna (150 ml/28 zł)

Ja swoją mam akurat ze zestawu z kremem jako gratis (50 ml pojemności). Stała tak na półce dobre parę miesięcy nawet nie otwarta. Nie wiedziałam do czego jej użyć. Aż do czasu… gdy użyłam jej jako tonik przed nałożeniem kremu. Spryskałam twarz i jeszcze na lekko mokrą skórę nałożyłam swój krem na noc. Rano wystałam z mega nawilżoną skórą i delikatną jak pupcia niemowlaka. Niby to tylko woda, a robi takie cuda! Gdy były upały trzymałam ją w lodówce – takiego orzeźwienia i ukojenia skóry jeszcze nie miałam. Nawet nie miałam pojęcia, że aż tak mnie zaskoczy pozytywnie. Dołączyła do mojej codziennej pielęgnacji jako tonik i już tam zostanie. Jak ją rozpylam na twarzy czuję jak by to była morska, orzeźwiająca bryza.

Pędzel Maestro 143 (43 zł)
Jest to pędzel przeznaczony do nakładania podkładu i po to właśnie go kupiłam. Nie sprawdził się w swojej pierwotnej roli – zbyt długie włosie, zbyt miękki, nierównomiernie rozkłada podkład. I tak sobie poszedł w odstawkę do szuflady na parę miesięcy. Na początku lipca zaczęłam go używać jako pędzel do pudru i… to jest strzał w dziesiątkę. Idealnie wtapia puder w podkład przez co jest niewidoczny, uzyskujemy bardzo naturalny efekt. Perfekcyjnie utrwalony i wykończony makijaż twarzy. Kiedyś nielubiany, dziś niezastąpiony.
 
Cienie Inglot 358 Matte i 112 AMC Shine (10 zł okrągłe wkłady, 12 zł kwadratowe)

Dobrze wiecie, że jestem inglotomaniaczką. Używam przeróżnych kolorów i w każdym miesiącu mogłabym pisać o tych cieniach w hitach. Więc dlaczego piszę tylko o tych dwóch kolorach?! A to dlatego, że je na nowo odkryłam. Kwadratowe wkłady mieszkają w innej palecie ponieważ nie mieszczą mi się w tej „neutralnej” z okrągłymi. Zawsze o nich tam gdzieś zapominam. Akurat w lipcu zmalowałam parę makijaży przy użyciu tych cieni (358 i 112). Cień 358 jest idealny do konturowania powieki w załamaniu. Mieszanka jasnego brązu, szarości ze szczyptą fioletu wygląda bardzo naturalnie, super się rozciera, nie można z tym kolorem przesadzić. Dla tych z Was Kochane, które chcą mieć idealnie wykonturowane oko bez efektu przerysowania. Zaś cień 112 jest przepięknym odcieniem starego złota. Wygląda bosko na całej powiece lub jako dodatek iskrzący i rozświetlający. Kolorek ten jest z formule AMC Shine czyli perła z drobinkami, ale nie jest kiczowaty. Wygląda bardzo elegancko, świeżo i naturalnie jednocześnie. Świetna propozycja dla tych z Was, które uwielbiają makijaż w naturalnych odcieniach – musicie go mieć. 

MIYO Mini Drops Lakier do paznokci (8 ml/4,99 zł)

Kiedy pojawiły się w SuperPharmie przekopałam cały koszyk i wybrałam świetne kolory. Mam ich teraz chyba z 9 czy 10 kolorów. Są genialne! Trzymają się na paznokciach ok tygodnia. Są w super kolorach i już przy dwóch warstwach jest pełne krycie w przypadku kolorów mlecznych a przy perłowych i metalicznych to nawet jedna wystarczy. No i cena powala. 

L’occitane krem do stóp z masłem Shea (150 ml/90 zł)

Pewnie nigdy nie trafił by w moje ręce ze względy na porażającą cenę, ale był w jednym z GlossyBoxów. Zachwalanych przez wielu. Kiedy można docenić przyjaciela?! W najgorszych chwilach! Mam bardzo duży problem z pękającymi piętami. Na urlopie pięta tak mi paskudnie pękła, że nie mogłam chodzić z bólu. Ten krem potrzebował dwóch nocy żeby wyleczyć moją piętę z bólu. Oczywiście pęknięcie zrosło się po paru dniach, ale ból minął już po dwóch. Niezły wynik! Dla mnie szok! Tylko ta cena… czy mój portfel ją udźwignie?! :/

Lipcowe kity do dwa beznadziejne szampony i zachwalana dwufazówka z Bielendy. 

L’biotica Biowax Intensywnie Regenerujący Szampon do włosów farbowanych (200 ml, ok 20 zł)

Zawsze używałam szamponów typowo drogeryjnych z parabenami, SLES-ami, silikonami itd. Postanowiłam zrobić coś dla swoich włosów i kupić coś naturalnego. To był mój błąd stulecia! Mycie tym szamponem to jakaś cholerna pomyłka. Mam mocno stylizowane fryzury (guma, żel do włosów, dduuużżżoooo lakieru) więc po tych 3 dniach trzeba to wszystko zmyć. Ten szampon nie potrafi nic zmyć. Aby umyć włosy w zadowalającym stopniu muszę to zrobić przynajmniej 3-4 razy tym produktem. Włosy są szorstkie, splątane (mam krótkie włosy, nigdy się nie plątały) i beznadziejnie się stylizują. Klapa!

Alterra Szampon ochrona koloru Oliwki i kwiat lotosu Do Włosów Farbowanych i z pasemkami (200 ml. ok 12 zł)

Długo z Biowaxem nie wytrzymałam poleciałam czym prędzej do Rossmana. Nie wiem co mi znowu strzeliło do głowy, żeby kupić coś naturalnego. Koszmar – z deszczu pod rynnę. Totalnie niewydajny, trzeba na raz użyć chyba z pół butelki, przy myciu robi takie kołtuny w połączeniu z lakierem do włosów. Włosy są szorstkie, oklapnięte, zero blasku. Mało tego na końcu miesiąca okazało się, że nabawiłam się suchego łupieżu przez ten szampon właśnie. Nie wiedziałam, że szampon może zrobić krzywdę. Teraz już wiem, że moje włosy kochają parabeny, SLES-y i inne takie śmieci. Nigdy więcej naturalnych szamponów!

Bielenda 2-fazowy płyn do demakijażu oczu Bawełna Wzmacnia rzęsy (125 ml/ok. 6 zł)

Wychwalanych na wszystkich blogach i nie tylko. Tylko powiedźcie mi za co?! Miał nie zostawiać tłustego filmu – zostawia, miał nie robić mgły na oczach – robi, miał zmywać dosłownie wszystko – nie radzi sobie nawet z lekkim makijażem cieniami a co dopiero linerem. Wszystko rozmazuje, robi większy syf na twarzy podczas demakijażu niż to wszystko warte. Dla mnie bubel!!!
Enjoy!!! ;o)