Makijaż: Matowa mięta

Witajcie

Powoli idzie wiosna, czuć ją już w powietrzu. A jak wiosna to jasne, pastelowe kolory. Połączyłam matową miętę z mglistym fioletem. Taka wiosna, ale jeszcze z przymrozkami. hi hi hi….

makijaż miętowy matowy dzienny inglot fiolet blog

Continue reading

Makijaż: Elegancko & Klasycznie

Witajcie

Klasyczne makijaże zawsze będą w modzie. Taki makijaż jest jak mała czarna… pasuje wszędzie i na każdą okazję.

makijaż brązy beże naturalny dzienny elegancki klasyczny Continue reading

Paznokcie: Miętowo – turkusowo – szmaragdowe Ombre Nails

Witajcie 🙂

Pierwsze swoje ombre nails zmalowałam już prawie 2 lata temu (KLIK do posta). To zdobienie pazurków nie należy do najszybszych i najłatwiejszych, ale efekt jest warty długotrwałej zabawy gąbeczką. Swoje zmalowałam w zawrotne 2 godziny ;P



Moja wersja jest w kolorystyce miętowo – turkusowo – szmaragdowej z brokatem na końcówkach czyli wersja full wypas – a co tam! jak już się bawić to na całego ;P 



Ombre wykonałam tym razem aplikatorem do cieni ponieważ ta metoda jest znaczne czystsza i bardziej precyzyjna. Użyłam lakierów: 

Colour Alike # 151 Mięta
MIYO Nailed it! #28 Grape
L.A. Colors # BCC564 Atomic
MIYO Mini Drops # 61 Cyber Green
Essence Nail art Twins Glitter Topper # 02 Julia

A o to i efekt końcowy:


Jak Wam się podoba? Udało się czy nie? 😉

Makijaż: Lavender + Pazur Dnia

Witajcie :o)


Fiolety w wersji lawendowej z dodatkiem różowego poblasku. 



Na całą powiekę górną i dolną nakładam matowy fiolet z niebieskimi tonami (Inglot 379 M). Następnie odrobinę zewnętrznego kącika oraz całe załamanie powieki podkreślam ciemniejszą, połyskującą śliwką (Inglot 446 P). Wewnętrzny kącik rozjaśniam delikatnie bielą (Inglot 496 DS + Inglot 453 P). Na koniec środek powieki pokrywam pyłkiem opalizującym na różowo (Kobo Pure Pearl Pigment #501 Violet Blush). Linię wody „czyszczę” nakładając białą kredkę (Catrice Kohl Kajal Eyeliner Eye Liner Pencil White 040). 



Na policzkach róż, którego tak naprawdę na pierwszy rzut oka nie widać, ale daje w słońcu różowy poblask (e.l.f. Natural Radiance Blusher #Shy), a na ustach landrynkowy błyszczyk (Mariza Selective Chic Lip Gloss #Mleczny Róż). 



Jeśli chodzi o mój dzisiejszy manicure to pozostałam w klimatach lawendowych. Piękna, mleczna lawenda już niestety nie istniejący Essence Multi Dimension #58 The one and only.


Makijaż z paletki Sleek: Elektryzujący Turkus

Witajcie :o)

Klasycznie cieniowanie, gdy jeden kolor płynnie przechodzi w drugi wygląda pięknie, ale czasami warto postawić tylko na jeden kolor. Jeden cień w odpowiednim kolorze może dawać lepszy efekt niż wiele. Efekt elektryzujący, efekt WOW!!!

Użyłam tylko jednego cienia, ale za to w elektryzującym odcieniu szmaragdowego turkusu z paletki Sleek Jewels. Jako bazy użyłam turkusowej kredki (Avon SuperShock Gel Eyeliner Aqua Pop KLIK), aby jeszcze bardziej zintensyfikować odcień. Turkus nałożyłam na całą powiekę i dobrze roztarłam ponad załamanie pomagając sobie matowym beżem (Inglot 353 M). Na linię wody nałożyłam tą samą kredkę, która posłużyła mi jako baza. Kąciki wewnętrzne lekko rozświetliłam złotem z tej samej paletki tylko dla kontrastu.  
Oczy robią tu tak naprawdę całą robotę więc aby nie przesadzić na ustach mleczny róż (Essence Stay with Me Longlasting Lipgloss nr 01 Me & My IceCream), bo turkus lubi się z takim kolorem na ustach. I to wszystko. 


Makijaż: Malinowa czerwień na ustach + Pazur dnia

Witajcie :o)

Znów postawiłam na usta. Oczywiście mocna czerwień, ale w odcieniu malinowym. 

Ale zanim dojdziemy do ust najpierw oczy. Bardzo proste, w wersji nude i mocno rozświetlone. Załamanie powieki wykonturowałam matowym brązem (paletka Sleek Au Naturel, cień Bark). Całą górną i dolną powiekę rozświetliłam perłowym beżem (paletka Sleek Au Naturel, cień Taupe). Dodatkowo wewnętrzne kącik oraz linię wodną rozświetliłam kredką w kolorze szampana (Avon SuperShock Gel Eyeliner Golden Fawn).


Główną gwiazdą całego makijażu są czerwone usta w malinowym odcieniu w wersji matowej: Rimmel Lasting Finish by Kate Lipstick nr 22.

Żeby dodać całości twarzy takiego look’u glamour, twarz wykonturowałam bronzerem (W 7 Honolulu Bronzer), a na szczyty kości policzkowych, na grzbiet nosa oraz na łuk kupidyna nałożyłam rozświetlacz (Skin79 Pearl Luminous BB Cream).



Pazurem dnia był lakier, który kupiłam dobre 1,5 roku temu, a jeszcze ani razu nie miałam go na paznokciach, a mowa tu o Essence Multi Dimension nr 59 PURPLE DIAMOND – gęsty, bardzo drobno zmielony brokat fioletowo – srebrny. 


Kosmetyczne HITY i KITY Grudzień 2012

Witajcie 🙂

Z roku 2012 został mi jeszcze jeden miesiąc do opisania a mianowicie Grudzień. Później szykuje jeszcze tylko ulubieńców całego 2012 roku jako podsumowanie i takim sposobem wreszcie będzie porządek na blogu i zaległości nadrobione.



La Roche – Posay Toleriane TEINT FLUID (30 ml / ok. 80 zł)


 W tym podkładzie zakochałam się na dobre! Pisałam o nim już w Hitach Listopad 2012 (KLIK). Jestem uzależniona od jego właściwości pielęgnacyjnych oraz krycia. Twarz w tym podkładzie wygląda jak z Photoshopa. Grudzień oczywiście jest miesiącem świątecznym i każda z nas chce wyglądać perfekcyjnie i obłędnie. Dzięki temu podkładowi moja cera wyglądała pięknie! Jednak jest to dość ciężki podkład więc pewnie w letnie dni się nie sprawdzi, ale w zimowe, gdy temperatury są naprawdę niskie mam poczucie, że pielęgnuje moją twarz jak krem nawilżający i chroni przed mrozem. To może wydawać się dziwne, ale moja skóra naprawdę to czuje. 

W7 HONONULU Bronzer (6 g / 14,50 zł)

Dzięki temu bronzerowi polubiłam konturowanie. Teraz to takie proste! Kiedyś bałam się bronzerów, bo nie wyglądały na twarzy naturalnie. Jednak zawsze tą „linię” było widać. Honolulu rozprowadza się gładko i miękko, bardzo łatwo zatrzeć granice, a makijaż staje się tak naturalny, że prawie niewidoczny, a efekt konturowania pozostaje. Mój kosmetyk ROKU 2012 i pewnie jeszcze dłużej. Pełna recenzja tutaj. 

  Balneokosmetyki Biosiarczkowy Żel głeboko oczyszczający do mycia twarzy Cera mieszana i tłusta (200 ml / 28 zł)

W tym roku miałam już mnóstwo żeli i pianek do mycia twarzy. Każdy produkt w jakimś stopniu spełnił swoją role, czasami lepiej a czasami gorzej. Teraz gdy używam Biosiarczkowego żelu z Balneokosmetyki wszystkie inne żele wydają mi się przy nim beznadziejne. Teraz znam ten najlepszy, produkt na szóstkę. Strasznie się cieszę, że znalazł się w GlossyBoxie, bo możliwe, że nigdy nie wpadłby mi w ręce. Wszystko co pisze producent to prawda, a mianowicie: „Głęboko oczyszczający żel do mycia twarzy polecany jest do codziennej pielęgnacji cery z problemami. Dzięki wyjątkowo delikatnym substancjom myjącym żel dokładnie oczyszcza skórę z wszelkich zanieczyszczeń, nie podrażniając jej i nie powodując wysuszenia, a także odblokowuje pory, chroniąc przed powstawaniem zaskórników i wągrów. Specjalnie opracowana formuła, bogata w wodę siarczkową, borowinę i ekstrakt z kory wierzby pomaga usunąć nadmiar tłuszczu z powierzchni skóry i reguluje pracę gruczołów łojowych, zmniejszając wydzielanie sebum odpowiedzialnego za świecenie się skóry. Skutecznie zwalcza pryszcze i zapobiega powstawaniu nowych zmian trądzikowych. Dodatkowo drobinki jojoba głęboko oczyszczają i pielęgnują, zapewniając optymalne wygładzenie i nawilżenie skóry. Regularne stosowanie żelu poprawia kondycję i wygląd skóry, pozwala na skuteczną walkę z objawami trądziku i nadmiernym błyszczeniem się skóry. Sprawia, że pory stają się mniej widoczne, skóra jest lepiej oczyszczona i wygląda zdrowo.
 
Substancje aktywne: najsilniejsza na świecie woda siarczkowa – bardzo silnie zmineralizowana woda lecznicza o wyjątkowo wysokiej zawartości bioaktywnej siarki oraz innych mikro i makroelementów takich jaki: sód, wapń, magnez, potas, chlor, brom, jod, ekstrakt z kory wierzby – zawiera kwas salicylowy, który złuszcza, przyspiesza odnowę naskórka i działa antybakteryjnie, termoaktywna borowina – biologicznie czynny rodzaj torfu. Zawarte w niej kwasy organiczne i sole nadają jej właściwości przeciwzapalne, ściągające, rozgrzewające i bakteriobójcze, jojoba – zawarte w żelu drobinki jojoba głęboko oczyszczają i pielęgnują, zapewniając optymalne wygładzenie i nawilżenie skóry. Działa hamująco na naturalne wydzielanie sebum.

Jeśli macie problemy z Waszą mieszaną i tłustą cerą wypróbujcie ten żel. Polecam Wam go z całego serca, bo naprawdę działa! Nie zawiedziecie się! Ja osobiście na pewno kupię kolejne opakowanie. 

Dax Cosmetics Cashmere Eyeshadow Base (7 g / 27 zł)

Miałam już wiele różnych baz, każda była dobra, ale i każda miała jakieś wady. Dax Cosmetics spisał się na 6+. CASHMERE Eyeshadow Base jest bez wad i ma wszystko to czego od zawsze szukałam w bazach. Jest to baza pod cienie do powiek, o neutralnym, cielistym kolorze i delikatnej, kremowej konsystencji. Baza wygładza skórę powiek i wyrównuje jej koloryt, ułatwia rozprowadzanie cieni i kredek, zapobiega ich osypywaniu się, a także intensyfikuje ich kolor. Dzięki zastosowaniu bazy cienie nie ścierają się ani nie rolują w załamaniach powiek, a makijaż oka utrzymuje się aż do 15 godzin. Musicie ją mieć jeśli zależy Wam na perfekcyjnym makijażu oczu. Oczywiście ogromne opakowanie 7 g starczy mi pewnie na parę lat, ale jak sięgnę dna to na pewno kupię następne. Cudowna baza! 🙂
  
Chloé Woda perfumowana (30 ml / 230 zł; 50 ml / 320 zł; 75 ml / 395 zł)

Mój zapach grudnia! Zakochałam się w tym zapachu. Zapach Chloé to współczesna interpretacja róży o francuskim uroku – klasyczna róża została w sposób absolutnie genialny zinterpretowana poprzez współczesny zapach, który jest lekki i jednocześnie ciepły, elegancki i zarazem bardzo uwodzicielski. Porywająca esencja powstała z połączenia nut roślinno-pudrowych z energicznymi akcentami piwonii, liczi oraz wiosennej świeżości frezji. Zwiewne, kokieteryjne nuty wysokie stanowią podstawę jedynego w swoim rodzaju zmysłowego zapachu róży, który wydobywa się z aksamitnego środka kwiatu. Pojawiają się także oszałamiające nuty magnolii i konwalii, a całości dopełnia ciepłe tchnienie ambry i eleganckiego drewna cedrowego. Pewnie niektórym z Was nie przypadnie do gustu ponieważ jest to bardzo słodki zapach, ciężki a jednocześnie lekki i kobiecy! Idealnie opisuje mnie samą. Warto psiknąć się w drogerii i ponosić przez parę godzin, bo dopiero wtedy rozkwita jak róża. Tylko ta cena :/

L’oreal cień Color Infaillible nr 14 Eternal Black (3,5 g / 36 zł)

Powiem Wam, że jako maniaczka cieni do powieki próbowałam już wszystkiego i nie myślałam, że może mnie coś jeszcze w tej kwestii zaskoczyć. Ale człowiek uczy się całe życie… L’oreal zaskoczył mnie swoją innowacyjnością. Cienie do powiek Color Infaillible zawierają 4 razy więcej substancji wiążącej niż klasyczne cienie w kamieniu czy pigmenty. To nadaje im konsystencję pośrednią między pudrem a kremem i sprawia, że cienie są delikatne i aksamitne a ich aplikacja niezwykle prosta. Dzięki czemu nie osypują się. W przypadku cienia w kolorze czarnym w dodatku z brokatem to wręcz niemożliwe, a jednak! Kolor jest intensywny, a brokat pozostaje na powiekach całą noc i dzień! Cienie Color Infaillible utrzymują się na powiece przynajmniej przez 15h (bo nigdy nie miałam dłużej cienia na powiekach), niczym druga skóra. Są odporne na ścieranie i wodę, lecz przy tym łatwe w demakijażu. Nie obsypują się, nie gromadzą się w załamaniu powieki. Moje świąteczne Smokey Eye tym cieniem wyglądało obłędnie! Genialny wynalazek tylko dlaczego musi tyle kosztować?! :/


CLARENA Stem Cells Cream Krem z roślinnymi komórkami macierzystymi (50 ml / 142 zł)

Marka Clarena to profesjonalne produkty do pielęgnacji skóry dobierane do klientek indywidualnie. To nie jest marka, której produkty znajdziecie w drogerii czy galerii. To marka profesjonalna więc oczekiwania jakie są stawiane jej produktom są postawione bardzo wysoko. Krem z roślinnymi komórkami macierzystymi… hmmm jak to górnolotnie brzmi! A tak naprawdę to krem, który dzięki komórkom macierzystym stymuluje odnowę naskórka oraz syntezę kolagenu i elastyny. Anti-leukina 6 ma za zadanie hamować powstawanie stanu zapalnego i zmniejszyć ryzyko podrażnień skóry. Naturalna betaina, skwalen i witamina E mają nawilżać, odżywiać i chronić przed degradacyjnym wpływem wolnych rodników. Dla zwykłej śmiertelniczki brzmi to wszystko kosmicznie prawda?! Niestety za słowami nie idą efekty. Jak by ten krem zrobił mi jakąś „krzywdę” mogłabym go chociaż objechać, a tak nie robi NIC! Wielkie NIC! Tak szybko się wchłania, że po 2-3 minutach nie ma śladu, że nakładałyśmy krem. Nie nawilża, nie zmniejsza stanu zapalnego, nie ma żadnego odczuwalnego efektu zaraz po nałożeniu kremu, ani po jego dłuższym stosowaniu, a używałam go 1,5 miesiąca (zużyłam całe 30 ml próbki). Także nie zrobi Wam krzywdy, ale za porażającą kwotę 142 zł nie robić nic to grzech!

GlySkinCare Hydrating Eye Cream Krem pod oczy (EyePro™ 3X Complex) (15 ml / 40 zł)


Bardzo lubię jak w GlossyBoxach są kremy po oczy i do tego marek, których nie znam. Mam okazję przetestować coś nowego, świeżego. Jak zobaczyłam nazwę GlySkinCare nic mi to nie mówiło. Firma ta ma w swojej ofercie program odnowy skóry, w którego skład wchodzą kosmetyki. Cały program podzielony jest na etapy. Krem Hydrating Eye Cream zawiera się w etapie 3 czyli HydroStep. Nawilżanie. Krem ten dzięki zawartości EyePro™ 3X Complex ma poprawiać mikrocyrkulację, przez co zmniejsza opuchliznę oraz redukuje cienie pod oczami. Krem ma powstrzymywać procesy starzenia, poprawiając sprężystość i nawilżenie delikatnej skóry wokół oczu. Zadanie tego kremu to poprawić nawilżenie skóry wokół oczu, poprawić sprężystości skóry wokół oczu, redukcja cieni i opuchlizny pod oczami. Pierwsze co rzuciło mi się w oczu to konsystencja tego kosmetyku – bardzo rzadki, lejący się krem, prawie jak woda. Nakładając go pod oczy dosłownie w 1-2 sekundy się wchłania pozostawiając skórę taką suchą i napiętą. Po kilku minutach po zastosowaniu tego kremu miałam uczucie piasku w oczach i pieczenie. Oba efekty czyli napięta skóra i piasek w oczach, dają nieprzyjemny rezultat, który jest dyskomfortem dla oczu i skóry wokół nich. Stosowanie go na dłuższą metę było męczarnią dla oczu. Chciałam dać mu szansę, ale niestety to nie jest dobry kosmetyk. Lepiej w niego nie inwestować, nie warto. 

Essence Maskara Multi Action Blackest Black (szt. / 10 zł)


Czyli kultowa maskara Multi Action od Essence w wersji najczarniejszej z możliwych. Kupiłam ją tylko dlatego, że gdzie nie wejdę na jakiegokolwiek bloga Multi Action jest wychwala. Multi Action jest wielofunkcyjną maskarą, aby uzyskać efekt nadzwyczajnego pogrubienia, podkręcenia i wydłużenia rzęs czyli 3w1. I teraz rodzi się pytanie: czy wersja podstawowa (czyli ta z różowym wzorem) też jest taka sama jak ta czy tylko wersja z głęboką czernią jest taka do kitu?! Nie wiem i chyba już nie sprawdzę. Wiem tylko, że Blackest Black jest kiepska! Jakoś specjalnie czarniejsza nie jest (ma taki szarawy odcień), okropnie skleja rzęsy, bardzo szybko wysycha od pierwszego otwarcia tak, że po miesiącu miałam w niej już gluty, po paru godzinach osypuje się na policzki. Jakoś może ją zmęczę, ale na pewno do niej już więcej nie wrócę.

L’oreal FALSE LASH Telescopic (9 ml / ok. 55 zł)
Tak jak obiecałam odłożyłam ją na pewien czas i wróciłam ponownie z nadzieją, że będzie lepiej. Niestety nadal jestem na NIE! To co pisałam o niej poprzednim razem (Kosmetyczne HITY i KITY Listopad 2012) potwierdziło się. Zbyt wodnista, nie ma spektakularnego efektu tylko naturalny. Dla wielbicielek takiego looku pewnie będzie dobrym rozwiązaniem, ale dla dziewczyn, które (tak jak ja) naprawdę chcą, aby ich rzęsy były widoczne, bo same z siebie nie są czymś wybitnie urodziwym, będą bardzo niezadowolone. To będzie źle wydane 55 zł.

Kosmetyczne HITY i KITY Listopad 2012

Witajcie :o)

Pewnie wiele z Was jak zobaczyło w tytule postu LISTOPAD 2012 to złapało się za głowę, przecież to już było prawie trzy miesiące temu. Wszystko się zgadza, ale trochę „zaniedbałam” cykl KOSMETYCZNE HITY I KITY i teraz postawiłam nadrobić zaległości, aby na blogu był porządek i ciągłość notek. Także zapraszam Was w świat kosmetyków jeszcze w 2012 roku ;P



Tym razem nie będą dwie kategorie czyli HITY i KITY, lecz będzie jeszcze trzecia, którą nazwałam roboczo: „nie wiem czy HIT czy KIT?!”. Zacznijmy jednak od tych dobrych HITÓW:



La Roche – Posay Toleriane TEINT FLUID (30 ml / ok. 80 zł).
Mój ukochany podkład Pharmaceris F Fluid matujący z laktoflawiną SPF 20 powoli dotyka dna więc postanowiłam zaopatrzyć się w coś nowego. Przekonałam się, że warto zaufać jednak podkładom aptecznym. Zawsze chciałam przetestować Toleriane z La Roche – Posay. Nadarzyła się okazja, żeby kupić go w promocji. Początkowo byłam nim troszeczku zaskoczona, bo jest to naprawdę mocno kryjący podkład. Trzeba nauczyć się go dozować. Jest aż tak mocny, że nawet nie trzeba używać korektora pod oczy i na niedoskonałości. Podkład jest dedykowany do poprawiania wyglądu wszystkich niedoskonałości i ujednolica cerę dzięki dobrym właściwościom kryjącym. Wzbogacony o nowy, opatentowany środek nadający strukturę, ultra-łatwą w nakładaniu formułę można dostosować do swoich potrzeb, możemy ją też bez wysiłku rozprowadzić na skórze o niskiej tolerancji na kosmetyki, aby uzyskać rezultat naturalnego makijażu bez śladów i dać skórze długotrwały komfort. Dobrze tolerowany. Nie zatyka porów. Ochrona przed promieniowaniem UV SPF 25. 
Podkład ten spodoba się wszystkim tym z Was, które mają dużo do ukrycia (plamy po słoneczne czy mocne ślady po trądziku). Toleriane je zakryje, ale nie tworzy maski na twarzy. Składniki w nim zawarte ukoją Waszą skórę i zniwelują stan zapalny. Jest idealnym podkładem dla wrażliwców, jest jak kojący i treściwy krem, nie zatyka porów, ochrona SPF 25 uchroni waszą skórę przed szkodliwymi promieniami słonecznymi. Nie podkreśla suchych skórek czy wyprysków. Nie jest to podkład matujący więc należy go mocno przypudrować, ale wtedy bez świecenia wytrzymuje jakieś 6-7 godzin. Oczywiście trzeba używać go z umiarem, bo można z nim przesadzić i uzyskać efekt maski, ale z drugiej strony wystarczy naprawdę nie wielka ilość, żeby zakryć duże, rozległe niedoskonałości. Na razie jestem nim oczarowana i troszeczkę uzależniłam się od jego mocnego krycia. Mój Toleriane jest w odcieniu 11 czyli Clear Beige (Jasny Beż). Jest to odcień z dużą domieszką żółci i odrobiną różu. Ocieni jest 4 czyli 10, 11, 13 i 15. Odcień najjaśniejszy 10 spokojnie nada się dla bladolicych, bo nie jest pomarańczowy tylko czysto beżowy, bardzo jasny. 
W7 HONONULU Bronzer (6 g / 14,50 zł)
Zakochałam się w tym bronzerze! To jeden z najlepszych kosmetyków tego typu jakie miałam. Konturowanie twarzy tym kosmetykiem to czysta przyjemność. Kolor jest idealny, bo jest to mieszanka zimnego i ciepłego brązu co pozwoliło uniknąć uzyskania paskudnego pomarańczowego koloru. Bronzer jest matowy, bez drobinek, ale daje na skórze efekt satynowy. Nie można zrobić sobie nim krzywdy ponieważ pięknie i z łatwością się rozciera. Nie daje takiej wyraźniej kreski w miejscu nałożenia, a miękką plamę, która stapia się z naszą skórą. Pigmentacja też jest idealna – wystarczająco lekka do konturowania twarzy na co dzień dla uzyskania naturalnego efektu, ale na tyle mocna, aby stworzyć mocny efekt wieczorowy. GENIALNY BRONZER! Wszystko jest w nim idealne, nawet cena! POLECAM. 
Avon SuperShock Kredka żelowa do oczu (szt. / 25 zł)
Nie lubię eyelinerów w płynie ani w żelu ani w pisaku, nie umiem malować kresek i właściwie moje oko źle wygląda w graficznej kresce. Sprawa wygląda zupełnie inaczej jak sięgam po którąś z moim żelowych kredek z Avonu. Są stworzone dla moich powiek. Jeśli chcę uzyskać mocny efekt kreski, rozmytą kreskę, lekko pokreślić linię rzęs, trwałą kreskę na linii wodnej czy też otrzymać kolorową, wodoodporną bazę pod cienie – to wszystko zapewniają mi kredki SuperShock! Są wielofunkcyjne. Bardzo szybko zastygają na powiece stając się wodoodpornymi, a jednocześnie są tak miękkie, że lekko suną po powiece pod czas aplikacji. Kolory są świetne: Black – najczarniejsza z czerni jaką znam, Blackberry – fajne połączenie brązu/fioletu/burgundu, zaskoczycie niezwykłym kolorem, pięknie podkreśla zieloną i brązową tęczówkę, Golden Fawn – piękny, szampański odcień beżu na linię wody dla efektu powiększenia oka, Silver – mocno napigmentowane srebrno, idealne do rozświetlania wewnętrznych kącików lub zrobienia karnawałowej kreski. Jest jeszcze kobaltowy odcień, limitowany mam nadzieje, że kiedyś go dorwę. Na wiosnę wchodzą dwa nowe kolory, które muszą być moje. 
Yves Rocher Pogrubiający tusz do rzęs Sexy Pulp (szt. / 49 zł)

Swoją próbkę mam z jednego z GlossyBoxów. Kiedy zaczęłam go używać przypomniało mi się dlaczego lubię tak tusze do rzęs z Yves Rocher. Wszystko przez ich szczoteczki. Mają setki jak nie tysiące włosków, które perfekcyjnie rozczesują rzęsy. Bez żadnych grudek czy sklejania rzęs. Czerń tej maskary jest naprawdę czarna. Efekt tej maskary to oczywiście maksymalne pogrubienie rzęs i faktycznie taki efekt otrzymujemy. Jest tylko jeden minus tej maskary – niestety szczoteczka jest tak gigantyczna, że nie nadaje się do małych oczu, nie jest precyzyjna i trzeba nauczyć się ją obsługiwać. Mimo tej wady maskary z Yves Rocher są warte swojej ceny. Muszę wrócić do mojej ulubionej czyli Yves RocherLash Plumping Mascara.

Teraz niestety przejdżmy do tych, których nie polubiłam czyli KITY:


FlosLek LABORATORIUM Żel ze świetlikiem i aloesem do powiek i pod oczy (10 g / ok. 6 zł)

Mój największy zawód kosmetyczny tego roku! Sprawa jest naprawdę dziwna i zrobiłam nawet małe dochodzenie w tej sprawie. Ten żel był kiedyś moim ulubieńcem, kochałam go (recenzja KLIK). Kiedy poszłam do drogerii na półce były dwie wersje tego kosmetyku: w tubce 15 ml i w słoiczku 10 g. W słoiczku kosztował 6 zł, w tubce 7 zł więc sobie myślałam, że to to samo więc wzięłam w słoiczku. Jakież było moje zdziwienie, że TO NIE JEST TO SAMO! Przeszperałam stronę Flosleku i co się okazało? Ten w tubce (w którym się zakochałam) jest z serii FlosLek PHARMA, a ten w słoiczku FlosLek LABORATORIUM. To jeszcze nic! Opis i skład na opakowaniach mają DOKŁADNIE takie same – składnik w składnik (same zobaczcie: FlosLek PHARMA / FlosLek LABORATORIUM). Co najdziwniejsze mają ZUPEŁNIE INNE DZIAŁANIE. FlosLek PHARMA jest genialny: Przynosi ulgę, przyjemne uczucie delikatnego chłodzenia, powoduje ustąpienie uczucia tzw. „ciężkich powiek”. Łagodzi podrażnienia, zaczerwienienie, pieczenie spowodowane zabiegami kosmetycznymi takimi jak demakijaż, makijaż permanentny, henna. Likwiduje nadmierne złuszczanie się naskórka wokół rzęs. Ukojenie podrażnionych okolic oczu. Gładka, uspokojona skóra okolic oczu. I dlatego go uwielbiam. Niestety ten FlosLek LABORATORIUM to jego przeciwieństwo. Po nałożeniu tego żelu oczy pieką, łzawią, jest uczucie niesamowitego gorąca jak by ktoś przypalał nasze oczy zapalniczką. Oczy stają się jeszcze bardziej czerwone niż były. Dla mnie to SZOK! Ten sam skład, a tak różne efekty tylko dlatego, że inaczej się nazywają i są w innych opakowaniach?! Czy to w ogóle możliwe?! JEDNAK TAK! UWAŻAJCIE I CZYTAJCIE NAPISY!

Figs & Rouge Peppermint & Tea Tree Balm – Organiczny balsam z miętą (8 ml / ok. 20 zł)
Dostałam go w GlossyBoxie i pewnie sama bym sobie go nie kupiła ponieważ jeśli chodzi o zwykłe ochronne balsamy do ust uważam, że takie za 5 zł są najlepsze. Nie warto wydawać więcej na takie kosmetyki. Otóż miałam rację. To byłoby najgorzej wydaje 20 zł. Producent opisuje ten produkt słowami: „Organiczne składniki antybakteryjne i kojący wyciąg z mięty balsamu z miętowo-herbacianego sprawiają, że warto go mieć w nagłych potrzebach. To balsam o właściwościach ochronnych i leczniczych do użycia na podrażnione i spierzchnięte usta i skórę. Przydatny również w przypadku drobnych skaleczeń, obtarć i wyprysków – punktowe zastosowanie wspomaga proces regeneracji małych problemów skórnych.”. Niestety ten balsam jest dość niebezpieczny a to dlatego, że nałożony na usta podrażnia je. Na granicy czerwieni wargowej pojawiają się czerwone plamy, które swędzą i pieką. Nie wyobrażam sobie nałożenie go np na skaleczenie. Wydaje mi się, że to wszystko przez zawartą w tym kosmetyku mięte. Jest zbyt agresywna do tak delikatnej część ciała jak usta.  Może na wyschnięte skórki albo suche łokcie może i tak, ale broń boże na usta. UWAŻAJCIE!
L’oreal FALSE LASH Telescopic (9 ml / ok. 55 zł)
Miałam nadzieje, że tą maskarą wreszcie wygram z moim rzęsami. Z racji tego, że mam dość krótkie i proste rzęsy postawiałam postawić na maskarę stricte wydłużającą. False Lash Telescopic ma za zadanie wydłużyć nasze rzęsy dzięki unikalnej technologii elastycznych włókien, które przedłużają rzęsy do maksimum. Ergonomiczna szczoteczka ma chwytać i wydłużać nawet krótkie rzęsy. Szczoteczka bardzo mi się, bo faktycznie jej kształt i wielkość idealnie pasuje do krótkich rzęs i małych oczu. Można dotrzeć do każdej, nawet najmniejszej rzęsy. Niestety technologia elastycznych włókien chyba zawiodła. L’oreal reklamuje tą maskarę jako tą dająca efekt sztucznych rzęs. Ja bym raczej zaliczyła ją do tych dający naprawdę naturalny efekt. Lekko wydłuża i podkreśla rzęsy. Do tego maskara sama w sobie jest zbyt wodnista, wydaje mi się, że muszę ją odłożyć na jakiś czas żeby stężała wtedy wydaje mi się, że będzie lepsza. Do tego od razu po pomalowaniu nie można mrugać, bo odbija się na powiece. Potrzebuje czasu żeby wyschnąć. Czuje niedosyt w stosunku do tej maskary. Brakuje mi spektakularnego efektu. Za tą cenę nie warta zachodu.
A na koniec mam dla Was dwa kosmetyki o których sama nie wiem czy myśleć źle czy dobrze?! 
  
Nuxe Crème Fraîche de Beauté Light (50 ml / 109 zł)
Jest to lekka emulsja, która ma za danie nawilżać i koić naszą skórę przez 24 godziny. Jest to krem specjalnie dedykowany dla skóry mieszanej. Lekka konsystencja przeznaczona do pielęgnacji skóry mieszanej faktycznie sprawdza się idealnie. Skóra staje się świeża i gładka także dzięki odświeżającemu zapachowi. Niestety efekt nawilżenia nie utrzymuje się na pewno 24 godziny. Co więcej producent zapewnia, że dzięki tej emulsji nasza cera pozostanie matowa przez cały dzień. I tu rodzi się mój dylemat, bo efektu matowienia raczej nie zauważyłam. Powiedziałabym tak: jest to świetny krem nawilżający na co dzień pod makijaż, może nie będzie to nawilżenie na miarę 24 godzin, a raczej ok. 6 – 12 godzin, ale brakuje mi efektu matowienia, który obiecuje producent. Wtedy kosmetyk był by bardziej wartościowy i wart swojej ceny. Za zwykły krem nawilżający nie dałabym takiej sumy. Dobry krem, ale do ideału mu czegoś brakuje. Nie zachwycił mnie aż tak bardzo. 
Essence My Skin Krem matujący dla skóry normalnej i mieszanej (50 ml / 12 zł)
Jest to krem o lekkiej, budyniowej konsystencji. Bardzo szybko się wchłania więc idealnie nadaje się pod makijaż. Na opakowaniu powinno być ostrzeżenie: „Uwaga! Mocno matuje”. Producent obiecuje 12 godzin matu i tak też jest. Jest bardzo silny w tym matowieniu aż do tego stopnia, że ma się uczucie ściągnięcia na twarzy. Niestety przy efekcie tak silnego matu nie idzie w parze z nawilżeniem. Skóra jest napięta, gładka, sucha… z jednej strony efekt, który my posiadaczki świecącej się cery chcemy uzyskać, ale z drugiej strony to uczucie ściągnięcia powoduje dyskomfort w noszeniu tego kremu. Z racji używania tego kremu w okresie jesienno – zimowym powiedziałabym mu „nie”, bo nie nawilża, ale zostawię go sobie na letnie dni, gdy potrzebuje pomocy w matowieniu mojej twarzy. Dodatkowo krem posiada filtry UVA i UVB! Z jednej strony go nienawidzę, z drugiej kocham…. trudny związek!
I to było by na tyle w miesiącu listopadzie jeśli chodzi o mają kosmetyczkę. Dajcie znać co myślicie o tych kosmetykach. Może macie innej zdanie albo takie samo?!

Makijaż: Imprezowy Vamp

Witajcie :o)

Wczorajszym makijażem na parapetówkę na prawdę poszalałam, poniosła mnie inwencja twórcza. Tego posta piszę jeszcze na kacu więc impreza była udana ;P
Na kilka godzin zamieniłam się w Sexownego Vampa! Mocne, czarne Smokey Eyes z diamentowymi drobinkami brokatu i zmysłowe, grzeszne czerwone usta. Kobieta zmienną jest… ;o)
Tworząc makijaż oczu użyłam ciekawej techniki. A mianowicie najpierw na całą powiekę ruchomą oraz dużo ponad załamanie nałożyłam średni, matowy, ciepły brąz (Inglot 360 Matte). Dzięki niemu będzie łatwiej rozcierać czerń oraz powstanie fajny gradient kolorów. Na ówcześnie nałożony brąz nakładam czarną kredkę (Avon SuperShock Gel Eyeliner Pencil Black), ale tylko do załamania powieki i dobrze rozcieram pędzlem. Dzięki temu zabiegowi uzyskujemy czarną bazę. Na kredkę nakładamy czarny cień (paletka Sleek Bad Girl, cień Noir) ruchami wklepującym, a następnie rozcieramy w załamaniu powieki łącząc z wcześniejszym brązem. Żeby bardziej rozblendować brąz na granicy cieni pod łuk brwiowy nakładam matowy, cielisty cień (Inglot 353 Matte) i rozcieram nim też brąz. Dolną powiekę podkreślam analogiczne do górnej, a na linię wody nakładam czarną kredkę. Żeby troszeczkę rozjaśnić czerń w wewnętrznych kącikach oczu nakładam perłową biel (Inglot 453 Pearl). Czas na gwoździa programu – diamentowy brokat. Delikatnie opuszkiem palca nakładam na górną powiekę odrobinę kleju do rzęs i nakładam pędzlem brokat (Inglot Ozdoby do ciała nr 59). Dzięki temu mam pewność, że brokat całą noc zostanie na oczach. Oczy gotowe!


Normalnie pewnie do tak mocnych oczu użyłabym szminki w kolorze nude, ale tym razem poszłam na maksa i użyłam czerwieni. Lekko musnęłam usta korektorem, nałożyłam czerwoną szminkę (Catrice Ultimate Colour 080 My Red Card), a na końcu przypudrowałam usta przez jedną warstwę chusteczki higienicznej. Dzięki temu szminka zostaje na ustach parę godzin dłużej. 



Do looku sexownego vampa nie mogło zabraknąć także paznokci w podobnej koncepcji jak oczy. Na czarny lakier (Wibo Extreme Nails nr 34) nałożyłam diamentowy brokat (Essence Nail art Twins Glitter Topper 02 Julia).

Jak Wam się podoba moja wersja Sexownego Vampa?! 


W poszukiwaniu czerwonej szminki

Witajcie :o)

Po wyjątkowo udanym pierwszym romansie z czerwoną szminką (Makijaż: Czerwone Usta) zachorowałam na ten kolor. Kto by pomyślał… ja i czerwona szminka?! Jak to mówią: „Nie tak diabeł straszny jak go malują”. 

Jedna czerwona szminka już jest w mojej kosmetyczce (Maybelline Hydra Extreme 535 Passion Red), ale zapałam chęcią posiadania czegoś w ciemniejszym odcieniu. Tak sobie pomyślałam, że może coś ciekawego będzie w szafie Catrice. Jak pomyślałam tak zrobiłam – wybrałam się do Natury. 

Powiem szczerze, że Catrice ma bardzo ciekawe odcienie w swojej ofercie szminek Ultimate Colour. Moją uwagę przykuły dwie czerwienie i po 30 minutach swatchowania ich w sklepie nie mogłam zdecydować się na jedną więc koniec końców wzięłam obie! 

Kolor 080 My Red Card jest stałym odcieniem w palecie Catrice, zaś odcień 220 Step Red Up jest nowością. 080 My Red Card to odcień krwistej, dość żywej czerwieni, 220 Step Red Up to bardziej przygaszony, winny kolor. Każda po 16,99 zł.



Kolory są naprawdę obłędne! Już nie mogę się doczekać ich na ustach…. nawet już wiem z jakimi oczami połączę tą w kolorze wina. 😉

Nigdy nie po drodze mi (może to i dobrze) do Natury więc przy okazji wrzuciłam jeszcze do koszyka sławną maskarę Essence Multi Action w wersji Blackest Black (10,99 zł). Czy coś zdziała z moimi rzęsami?! Zobaczymy….

Wracając z wycieczki do Natury wpadłam jeszcze do Rossmana zobaczyć nową kolekcję lakierów Wibo Glamour Nails. Oczywiście wyszłam z dwoma lakierami 😀 nr 2 i 4! (6,99 zł)



Na razie na sobie miałam tylko kolorek nr 4. Jest dość toporny, 3-4 warstwy to minimum żebym przykryć płytkę paznokcia, ale i tak kolor jest super. Zobaczymy jak się sprawdzi jego brązowy brat? 


Po tych zakupach czuje się jakoś tak glamour. Ciekawe… 😉