Makijaż i Paznokcie: Pastelowe Brzoskwinie

Witajcie :o)

Słupek rtęci powoli idzie w górę, a słonko powoli zaczyna do nas zaglądać. Dobry humor się udziela więc i w makijażu dziś jakoś tak słonecznie i optymistycznie. 



Załamanie powieki podkreślam ciepłym brązem (Inglot 457 DS). Zaczynając od wewnętrznego kącika nakładam rozbieloną brzoskwinię (paletka Sleek Paraguaya, cień Blush), na środek połyskującą pomarańczę (paletka Sleek Paraguaya, cień Persian Orange i Tangelo), a zewnętrzny kącik przyciemniam brązem i ciemniejszą pomarańczą (paletka Sleek Paraguaya, cień Peach Gold i Stone). Sam wewnętrzny kącik rozświetlam lekko różową perłą (paletka Sleek Paraguaya, cień Parfait), a łuk brwiowy cielistym matem (paletka Sleek Paraguaya, cień Sandstone). Na górnej linii rzęs rysuję delikatną kreskę brązowym cieniem (paletka Sleek Paraguaya, cień Stone). Na linię wody nakładam perłową, różową kredkę (Avon SuperShock Gel Eyeliner Pencil Flash).



Twarz konturuje bronzerem (W7 Honolulu Bronzer + MARIZA GLAMOUR LINE Rozświetlająca pryzma do makijażu nr 7108), a na policzki nakładam odrobinę morelowego różu (Hean Satin Blush nr 3 Gerbera). Na ustach mleczny, brzoskwiniowy błyszczyk (MIYO Kiss Me Lipgloss 17 Peachy). 



Na pazurkach brzoskwiniowo-morelowo-różowe ombre. Zaczynając od kciuka:
  • Me Me Me Long Lasting Gloss no 97 Sensuous
  • MIYO Mini Drops no 51 Papaya Dream
  • Delia Coral Prosilk no 124
  • MIYO Mini Drops no 47 Dominant
  • Colour Alike no 4 Coral Red


Kosmetyczne HITY i KITY Styczeń 2013

Witajcie :o)

Czas na kosmetyczne podsumowanie stycznia. W tym miesiącu są to kosmetyki, które już miałam, ale odkryłam je na nowo albo kupione przez przypadek okazały się genialne. Także zapraszam do lektury. 

Zacznijmy najpierw od HITÓW:

The Secret Soap Store Olejek do ciała i do masażu Róża (100 ml / ok. 16 zł)

Kupiłam ten olejek na promocji w SuperPharmie za 8 zł. Wybrałam ten Różany. Od pierwszego użycia zakochałam się! Powiem tak: mój facet + ten olejek = boski masaż! Obłędny zapach, ale nie mdlący czy nachalny. Olejki zawsze kojarzyły mi się z czymś maksymalnie tłustym i każde ich użycie groziło, że wszystko dookoła będzie lepkie, tłuste i brudne. A tu niespodzianka! Olejek ten genialnie nawilża, zostawia delikatny film na skórze, ale nie musimy się obawiać, że wybrudzimy pościel czy piżamę, bo wchłania się w kilka sekund. Jest super do masażu, ale sprawdza się też genialnie po kąpieli. Skład to sama natura: Olej Shea, Olej Avocado, Olej Macadamia, Olej Jojoba, Oliwa z oliwek oraz Olejek Różany. Z linii olejków do ciała polskiej marki The Secret Sopa Store macie do wyboru nie tylko różę, ale też np. mięte, czekoladę, pomarańczę, lawendę, algi brązowe czy też rozgrzewający imbir! Jak skończę ten na pewno kupię sobie kolejną buteleczkę, ale tym razem może czekoladę albo lawendę.  
Lirene Dermoprogram City Matt Fluid Matująco-Wygładzający (30 ml / 25 zł)
Dokładnie w 6 miesięcy wykończyłam mój ukochany Pharmaceris F Fluid matujący z laktoflawiną. Potrzebowałam czegoś lekkiego na co dzień, a z drugiej strony nie miałam zbyt dużo kasy. Idąc nadal tropem polskiej marki Lirene skłoniłam się ku tańszemu bratu Pharmaceris. I co się okazało?! Lirene znów mnie nie zawiodło. Za to właśnie kocham polskie marki (często przez nas Polki niedoceniane). Świetnie matuje: o 6 rano go nakładam, a o 16-stej nadal moja twarz jest matowa! I to bez żadnych poprawek wciągu dnia. Jestem naprawdę przemile zaskoczona. Ma słodki, pudrowy zapach, który jeszcze około godziny od nałożenia jest wyczuwalny. Konsystencją i zachowaniem na twarzy przypomina mi Rimmel Match Perfection Cream Gel Foundation (recenzja TUTAJ) – jest taki żelowy, zimy, jakby mokry, ale dosłownie w 2 sekundy zamienia się w matowe, pudrowe wykończenie. Trzeba bardzo szybko go nakładać. Dlaczego jest taki dobry i skuteczny?! Specjalna formuła Nylon 12, sprawia, że skóra jest jedwabista i doskonale matowa, zastosowany system gąbeczek pochłania nadmiar sebum, witaminy E (dezaktywuje wolne rodniki) i C (poprawia koloryt cery) doskonalą kondycję skóry twarzy i zachowują młody wygląd. Podkład prawie idealny… niestety ma kiepskie krycie. Użycie korektora jest niezbędne. Nawet założywszy kilka warstw nie zakryje niedoskonałości. Gdyby nie to beznadziejne krycie powiedziałabym, że to jeden z ideałów wśród podkładów.  

Yves Rocher Lash Plumping Mascara Waterproof (9 ml / 49 zł) + zalotka BeBeauty z Rossmana (szt. / 9 zł)


Yes, Yes, Yes…! Wreszcie znalazłam genialny sposób na moje rzęsy. W mojej głowie zapamiętał się pewien patent: gdy chcemy skutecznie utrwalić pokręcenie zalotką należy użyć maskary wodoodpornej. Zalotkę już miałam: zwykła, najprostsza z Rossmana. Najlepszą maskarą jaką dotychczas spotkałam była Lash Plumping Mascara od Yves Rocher. Kupiłam wersję wodoodporną. I wreszcie mam swój efekt na rzęsach o którym tak marzyłam. Maskara Lash Plumping zastyga dosłownie po kilku sekundach więc podkręcone rzęsy zatoką nie zdążą się wyprostować. Szczoteczka z tej maskary ma miliony włosków więc idealnie rozczesuje rzęsy i nadaje objętości. Brak grudek czy nieestetycznych pajęczych nóżek. Dla mnie osobiście to cud. Moje rzęsy wreszcie są widoczne i pięknie wyglądają. Jeśli macie naprawdę oporne, proste, sztywne i krótkie rzęsy spróbujcie tego duetu, a zobaczycie WIELKI efekt Wow! 

Avon Planet Spa Dead Sea Minerals Facial Mud Mask (Maseczka błotna do twarzy z minerałami z Morza Martwego) (75 ml / ok. 30 zł)

Ja swoją mam w postaci takich trójkącików z Face Mask Gitfset gdzie są różne rodzaje maseczek Planet Spa Avonu, ale ta maska jest też w klasycznej tubce 75 ml. Maseczka ta jest bardzo gęsta przez to jeden taki trójkącik wystarczy na całą twarz. Ku mojemu zaskoczeniu ma bardzo piękny, przyjemny zapach (widocznie błoto nie musi śmierdzieć ;P). To szare błotko jest maską o kremowej konsystencji, która  głęboko penetruje pory, by usunąć wszelkie zanieczyszczenia oraz suche, martwe komórki naskórka. Także absorbuje nadmiar sebum z twarzy. Wyrównuje koloryt, wygładza i pomaga pozbyć się toksyn. Dzięki niej cera jest zdrowa, jędrna i pełna blasku. Kolejna maska Planet Spa do mojej kolekcji. 
Miss Sporty Just Clear Mascara (8 ml / 10 zł)

Kupiłam ją jakiś czas temu jako baza pod inne maskary, ale się nie sprawdziła w tej roli. Co się okazało – jest świetna jako żel do brwi. Powiem Wam więcej: jest o wiele lepsza niż kosmetyki specjalnie dedykowane brwiom. Lubię mieć podkreślone brwi, ale nie lubię jak wyglądają jak dorysowane. Swoje włoski podkreślam i koryguje cieniem do brwi Inglota, ale cień pozostawia pudrowość na włoskach. Ten przeźroczysty żel pięknie niweluje ten efekt, przeczesuje włoski przez co układają się i wyglądają naturalnie, a dodatkowo utrwala je na wiele godzin. Perfekcyjne, ale naturalne brwi to jest to!
Rihanna Reb´l Fleur Woda perfumowana (50 ml / ok. 100 zł)
Sprezentowała mi tej jakimś czas temu moja mama. Dostała je od kogoś innego, ale jej nie przypadły do gustu. Mi wręcz przeciwnie. To mój zapach. Rihanna chciała stworzyć perfumy, które oddawałyby jej charakter „coś pysznego, wyjątkowego, zapach z subtelną nutą, który relaksuje, a zarazem pozostawia w pamięci seksowne skojarzenie”. Perfumy Reb’l Fleur pachną dojrzałymi owocami, wanilią, paczulą i bursztynem, co ma odzwierciedlać silną i zmysłową osobowość kobiety. Gdy użyję tych perfum dodaje mi to pewności siebie i czuje się naprawdę 100%, silną kobietą. Taka kobiecość z pazurem zamknięta w buteleczce. 
Avon Solutions Nietłusty krem matujący na dzień SPF 15 (50 ml / 25 zł)

Pisałam o nim już w Kosmetycznych HITACH i KITACH w maju 2012. Wtedy trafił do kategorii KITÓW (KLIK). Leżał od tamtego momentu w szafce. Ostatnio postawiłam sobie za cel, że zużyje wszystko co mam otwarte nawet jeśli mnie nie zachwyciło. W miesiącach wiosenno-letnich ten krem nie zrobił na mnie najlepszego wrażenia, nie był zły, ale też nie robił szału. Co się okazało: w zimnym styczniu jak znalazł! Jest wystarczająco nawilżający na zimne dni, ale nie jest tłusty dzięki czemu nadaje się pod makijaż i nie świecimy się. Fajnie matuje i pielęgnuje skórę mojej twarzy i daje mi ochronę SPF 15. Widocznie czasami niektórym kosmetykom trzeba dać drugą szanse, żeby je docenić. O nim też TUTAJ.
 Niestety znalazły się także dwa KITY:
Claire’s Cosmetics Eye Glitter Palette (szt. / 39,90 zł)
Jestem nią mega rozczarowana! Kupiłam ją w grudniu (pokazywałam Wam ją TUTAJ) i od tamtej pory zmalowałam nią może kilka makijaży. Pomysł żelowych cieni z brokatu bardzo mi się podobał, bo to oznaczało rozwiązne problemu osypywania się go. No tak brokat się nie osypuje, ale przez żel całe cienie na powiece się ROLUJĄ! Wystarczy nałożyć ten brokat na całą powiekę, a już po kilku minutach cały cień roluje się okropnie w załamaniu powieki. Wygląda to paskudnie, wszystko się klei i przesuwa po powiece. Jedynym miejscem gdzie można stosować ten brokat to wewnętrzne kąciki oczu oraz dolna powieka – po prostu wszędzie tam gdzie skóra się nie rusza. Strasznie żałuje wydanych pieniędzy. Uważajcie na takie żelowe paletki.

Delia Cosmetics Dwufazowy zmywacz do paznokci Oliwkowy Wybielająco Regenerujący (220 ml / 8 zł)

Gdy go zobaczyłam na sklepowej półce bardzo mnie zaintrygował. Bardzo ciekawa koncepcja dwufazowego zmywacza do paznokci. Górna – żółta warstwa zmywa lakier, dolna – zielona – odżywia i regeneruje paznokcie. Składniki aktywne w tym zmywaczu to: oliwa z oliwek – intensywnie nawilża i regeneruje płytkę paznokcia oraz zapobiega pękaniu i złuszczaniu skórek, kwas AHA – rozjaśnia zniszczoną i przebarwioną płytkę paznokcia. Co do właściwości pielęgnacyjnych tego zmywacza nie mam wątpliwości – świetnie nawilża skórki oraz płytkę paznokcia. Ma cudowny zapach, który utrzymuje się na naszych dłoniach jeszcze przez długi czas. Niestety w tym zmywaczu jest po prostu mało zmywacza! Trzeba wylać przynajmniej 1/3 opakowania, żeby zmyć wszystkie paznokcie przez co staje się niewydajny. Oliwka, która jest zawarta w tym zmywaczu,  powoduje to, że wacik ślizga się po lakierze przez co zmywacz nie może penetrować lakieru, rozpuścić go i usunąć. Czynność zmywania jest pracochłonna i długotrwała. Pomysł sam w sobie dobry, ale coś poszło nie tak.

Delia Coral Prosilk Wiosna / Lato 2012

Witajcie :o)

Wreszcie wykorzystałam uzbierane punkty lojalnościowe z SuperPharmy. Najpierw „kupiłam” za 59 pkt mój pierwszy lakier Delia Coral Prosilk. Zawsze (nie wiem dlaczego?) wydawały mi się kiepskiej jakości. Ku mojemu miłemu zaskoczeniu okazał się świetny!!! Więc pobiegłam po jeszcze 5 sztuk. Więc tak zostałam właścicielką 6 lakierów całkiem za darmo. 
Pierwszy był numerek 141 czyli klasyczny granat z delikatnymi drobinkami. Wygląda pięknie i elegancko. Przepraszam, że lakier nie wygląda już „świeżo”, ale ma już tydzień choć nie wygląda jeszcze tak źle…
 
Miałam ochotę na ombre nails więc resztę kolorów kupiłam z myślą o takim właśnie manicure. 

Kolor 141 oraz 139 pochodzą jeszcze z kolekcji Jesień Zima 2011, ale kolory 146, 153, 154, 155 to już najnowsza kolekcja Wiosna Lato 2012. 

Kolory są świetne na sezon Wiosna Lato 2012. Kremowe, pastelowe kolory. 139 i 146 to fajne niebieskości, 153 to już brudny turkus, a 154 i 155 to pastelowe zielenie. Wszystkie paznokcie pomalowałam tylko JEDNĄ warstwą lakieru. Jestem pod wrażeniem tych lakierów. Gorąco Wam je polecam bo za regularną cenę 5,99 zł dostajecie 10 ml świetnego jakościowo lakieru w genialnych kolorach. Chyba jeszcze pójdę po jakiś hhmmm….. ?! ;o)
Enjoy!!! ;o)

Stara wersja kontra nowa wersja czyli Korektor do brwi z Delii

Witajcie :o)

Delio dlaczego?! Powiedz po co?! Takimi właśnie słowami zacznę ten wpis. Kultowy i idealny produkt Deli czyli osławiony Korektor do brwi zmienił swoje opakowanie, ale niestety zmieniło się także jego wnętrze. :o/

Po rocznym użytkowaniu mój korektor do brwi (ten z czerwoną zakrętką) się skończył więc normalne było, że kupiłam nowy. Już wtedy ptaszki cierkały o tym, że nie tylko opakowanie się zmieniło, ale też i formuła. Początkowo nie chciałam ulec sugestii, ale każdego dnia zaczęłam odkrywać na własnej skórze (a raczej brwiach) minusy nowej Delii (ta z turkusową zakrętką):
– stara wersja miała tylko 4,5 ml a starczyła na rok (przy codziennym użytkowaniu), nowa ma aż 9 ml a już po 3 miesiącach użytkowania nie ma 1/3 opakowania 
– stara wersja nie miała zapachu, nowa ma pseudo kwiatowy zapach (po co?!)
– stara wersja miała lepszy pigment dzięki czemu nie trzeba było czasami nawet używać cienia to poprawienia rysu brwiom, nowa wersja nie przyciemna brwi w cale
– stara wersja miała idealną konsystencję żeby utrzymać niesforne włoski w ryzach przez cały dzień, ale jednocześnie na tyle mało klejącą żeby pięknie je rozczesać, nowa wersja to po prostu woda z lekki kolorem, po nałożeniu na brwi, włoski się sklejają, wyglądają jak mokre
– w starej wersji szczoteczka nakłada produktu w sam raz, nowa nabiera go zdecydowanie za dużo, trzeba pozbyć się nadmiaru przez co marnujemy produkt


Wszystko to co kochałam w starej wersji, w nowej jest katastrofą. Co dało się zniszczyć Delia właśnie to zrobiła. Niestety dokończę to opakowanie i będę zmuszona szukać nowego korektora do brwi. 

Czasami nowe nie znaczy lepsze!

Ulubione Duo… czyli pędzel plus kosmetyk

Witajcie :o)

Tego typu post chodził mi już po głowie parę dobrych tygodni. Widocznie wreszcie przyszedł czas na jego realizację. A mianowicie mojego ulubione duo do makijażu każdego dnia czyli idealna symbioza pędzla z kosmetykiem.

LancrOne Round Top Kabuki F54 + podkład
Ten pędzel zrewolucjonizował nakładanie jakiegokolwiek podkładu. Rozwiązał moje wszystkie problemy, które były w przypadku innych pędzli. 
Jest syntetyczny dzięki czemu prawie w ogóle nie pochłania podkładu.
Ma bardzo dużo włosia, bardzo zbity, super miękki, odpowiednio jędrny żeby uginać się podczas nakładania podkładu.
Idealna długość włosia, owalny kształt oraz średnica pozwala dotrzeć do miejsc tj. skrzydełka nosa czy lina włosów czy też pod oczami.
Przepięknie rozprowadza podkład o różnych formułach: musy, żele, płynne, mineralne czy w kompakcie. Żadnych smug czy zacieków. Jest pędzlem do naprawdę trudnych pokładów takich jak Revlon ColorStay. Każda posiadaczka tego pokładu wie jak trudno później domyć pędzel. W przypadku tego pędzla wystarczy płyn do naczyń i Revlon ColorStay jest już wspomnieniem. 
Mam go już pół roku, jest prany codziennie i nie zgubił ani jednego włoska. Super cena: 29 zł. (Zapraszam na zakupy z LancrOne).
Moja pędzelkowa miłość! Nie oddam go nikomu i muszę kupić jego brata bliźniaka na zmianę. 


Hakuro H51 + puder
Kupiłam i stosowałam go z myślą o pokładzie, ale niestety ten egzemplarz był ze starej serii z wadliwym klejem i po ok. 4-5 miesiącach się rozpadł. Skleiłam go, ale okazało się, że włosie wpada na potęgę. Ściąganie codziennie kilku włosów z twarzy było bardzo irytujące.Trafił do szuflady i został zapomniany aż do czasu. Kupiłam puder matujący sypki z HEAN (Zapraszam na recenzję). Zwykłym, dużym, puchatym pędzlem do pudru troszeczkę nie wygodnie nakładało się puder w takiej formie. Wpadłam na pomysł wciskania pudru w twarz, ale do tego potrzebowałam Flat Topa. Wtedy przypomniało mi się o Hakuro H51. Dałam mu kolejną szansę i ją wykorzystał. Stemplując twarz tym pędzlem, puder idealnie się nakłada i co najważniejsze skuteczne matowienie przedłużyło się o 2-3 godziny w stosunku do omiatania twarzy zwykłym pędzlem do pudru. Mat utrzymuje się teraz do 8 godzin spokojnie. Inny pędzel i technika nakładania a efekty są powalające. 
LancrOne F58 + bronzer
Może to troszeczkę dziwnie zabrzmi, ale ten pędzel jest tak skrojony na miarę, że sam odnajduje zagłębienie gdzie ma być nałożony bronzer do konturowania twarzy. Już nie trzeba robić „dzióbka” żeby zobaczyć te linię. Mam bardzo okrągłą buzię i nie mam mocno zarysowanych rysów więc był to dla mnie problem gdzie dokładnie nałożyć bronzer. 
Pędzel jest jędrny, nie za miękki, ale też nie za twardy. Wystarczy nałożyć swój ulubiony bronzer, przyłożyć pędzel mniej więcej przy uchu i pociągnąć linię do kącika ust. Później rozetrzeć brzegi linii aby wtopić kosmetyk w twarz. Otrzymacie bardzo naturalny kontur twarzy. Pędzel ten sprawdzi się też super przy linii włosów aby lekko „opalić” twarz. Mój numer jeden w konturowaniu! 
Na koniec mam dla Was moje nierozłączne Trio:
Inglot 31T + cień do brwi Inglot nr 560 + korektor do brwi z Delii
Najbardziej naturalne i piękne brwi na świecie! Lepszego efektu nie osiągnięcie niczym. 
Jak wiadomo brwi są ramą całej twarzy więc są ważne, ale nie mogą przyćmiewać całego makijażu. Pokreślone zbyt mocno wyglądają komicznie a niepokreślone nikną gdzieś na twarzy, brakuje nam wtedy rysów. 
To Trio tworzy idealną symbiozę. Każdy człon jest ważny. Pędzelek Inglot 31T jest idealne cieniutki i przycięty żeby nadać kształt naszym brwiom. To właśnie nim narysujesz piękny szpic na końcu brwi. Cień do brwi Inglot nr 560 zaś nada pięknego, naturalnego koloru. Jest to mieszanka brązu i szarości więc nie ma mowy o komicznym efekcie nienaturalnego koloru brwi. Pigmentacja tego cienia jest znacznie mniejsza niż cienia do powiek przez co możemy sobie dawkować moc pokreślenia. Korektor z Delii nada ostatecznego szlifu, błysku i koloru brwiom. Zwichrowane włoski wreszcie zostają ujarzmione aż do samego demakijażu. Z tego zestawu nie zrezygnuje już chyba do końca życia! 

To są moje miłości, z których prawdopodobnie długo nie zrezygnuję lub wcale ich nie zmienię na lepszy model. Są ze mną codziennie pod czas mojego porannego makijażu. Są jak najlepsi przyjaciele. :o)

A Wy macie takich dobrych pomocników w swojej kosmetyczce?
 
Enjoy!!! ;o)

ULUBIEŃCY 2011 ROKU

Pożegnaliśmy już stary 2011 rok, a przywitaliśmy nowy roczek 2012. ;o) Czas więc na powspominanie co takiego dobrego było w tym minionym roku.

PIELĘGNACJA:
La Roche-Posay Effaclar K krem do twarzy + Żel do mycia twarzy Effaclar
Tak naprawdę to duo było rewolucją w pielęgnacji skóry mojej twarzy. Jakieś pół roku temu powiedziałam stanowcze NIE niedoskonałościom na twarzy. Ten stanowczy sprzeciw udało mi się osiągnąć właśnie dzięki Effaclar. Moja buzia jest widocznie bardziej gładka, mniej zaskórników, mniej wyprysków, mniejsza produkcja sebum. Stosowałam regularnie przez 3 miesiące. Efekt widoczny gołym okiem… teraz profilaktycznie stosuję Vichy Normaderm Tri-Activ, bo moja skóra zaczęła mniej reagować na Effaclar, ale na pewno za parę miesięcy znów do niego wrócę. Gorąco polecam każdemu z cerą mieszaną lub tłustą.
AA Help Cera Atopowa Krem – żel do mycia twarzy
Pewnego dnia perfidnie zdradziłam żel do mycia twarzy Effaclar. Dlaczego to zrobiłam? Wszystko przez pieniądze… hahaha! ;o) Kosztował jedyne 6 zł, ale wierzcie mi, że działa tak jak by kosztował przynajmniej 100 zł. Jest kompletnie przeznaczony do innego typu cery, a z moją mieszaną cerą, która uwielbia się przetłuszczać idealnie współgra. 0% alergenów, parabenów, barwników, zapachu… mówię Wam istne cudeńko za niewielkie pieniądze. Zmywa każdy makijaż, nawet wodoodporny przy czym nie podrażnia, nie ściąga oraz nie wysusza skóry. Ideał?! 😀
Flos – lek Żel do powiek i pod oczy Mam różne wersje tego żelu, ale najlepsza według mnie tej ta ze świetlikiem i aloesem. Super wygładza powieki, niweluje oznaki ciężkich i zmęczonych powiek, a rano świetnie budzi i otwiera zaspane oczy. Więcej nie zachwalam zapraszam do lektury mojej recenzji na temat tego żelu KLIK
Nivea Żel pod prysznic Lilia wodna  Na początku byłam nastawiona sceptycznie do tych zatopionych w żelu kuleczek z oliwką. Pomyślałam, że to pewnie taki chwyt marketingowy, coś co ma przykuwać uwagę. Ale nie! Te kuleczki naprawdę działają! Skóra na mojej twarzy jest raczej tłusta, ale skóra na reszcie ciała to totalne przeciwieństwo. Ale jestem leniem i nie chce mi się smarować balsamami żeby dobrze nawilżyć suchą skórę. Ale już nie muszę bo robi to za mnie właśnie ten żel z kuleczkami a do tego pięknie pachnie i zapach utrzymuje się dość długo na skórze. 
Bourjois Woda micelarna do demakijażu twarzy i oczu W tym roku zużyłam chyba z 5 czy 6 buteleczek. Zmyje wszystko – każdy nawet wodoodporny tusz do rzęs, eyeliner żelowy, ciężkie podkłady, każdy rodzaj cieni do powiek, szminek czy błyszczyków. Nie pozostawia nieprzyjemnego, tłustego filmu na skórze….. itd a co ja będę się tutaj rozpisywać – po prostu przeczytaj moją recenzję KLIK
Maseczki z serii Planet Spa Avon To jest jeden z tych kosmetyków z Avonu, które musisz mieć. Mam teraz wszystkie dostępne „smaki” tych maseczek i każda jest super! Działają cuda! Jednak moim bezpretensjonalnym faworytem jest wygładzająca maseczka do twarzy „peel off” Japońskie sake i ryż – pięknie pachnie, super wygładza a sposób jej ściągania z twarzy bardzo fajny i przyjemny.
AKCESORIA:
Moim odkryciem 2011 roku były pojedyncze pędzle z LancrOne (link do postu z zakupami KLIK). Ale jednak moim ulubieńcem z tej całej ferajny stał się Round Top Kabuki F54
Całkowicie zmienił, ułatwił i umilił mi nakładanie podkładu. Mogę zapomnieć o źle nałożonym i roztartym podkładzie, nawet tak topornym jak Revlon Colorstay. Wreszcie każdy podkład wygląda naturalnie.
STYLIZACJA WŁOSÓW:
Jestem perfekcjonistką jeśli chodzi o moją fryzurę i mam na tym punkcie niezłego bzika. Włosy układam praktycznie codziennie więc lakier do włosów czy żel idą jak woda dosłownie. Przy takim zużyciu nie mogę sobie pozwolić na coś droższego. Ale w sumie nie muszę! Moje dwa ukochane produkty do układania mojego irokeza:
Joanna Guma stylizująca – jest diametralnie inna niż jej odpowiedniki z innych firm. Tak naprawdę to połączenie tradycyjnego żelu do włosów z gumą. Nie lubię normalnych gum za to, że obciążają i przetłuszczają włosy. Dzięki tej z Joanna bardzo szybko i sprawie stawiam mojego irokeza. 
Taft Maxx Power Lakier do włosów – maksymalne utrwalenie przy zachowaniu naturalności fryzury. Nie skleja włosów, przy wyczesywaniu nie pozostawia białego nalotu, piękny zapach. 
KOLORÓWKA:
LAKIERY DO PAZNOKCI:
Moje dwa ukochane letnie kolory to: Colour Alike nr 151 Miętus oraz nr 4 Coral Red
Teraz gdy jest zimno moją bezgraniczną miłością jest Sensique Oriental Dream nr 259 Moss Temple
USTA:
Źle wręcz paskudnie wyglądają moje usta w korektorowatych nudach. Ale znalazłam idealny nude dla moich ust – L’oreal Color Riche Made for Me Naturals nr 235 Nude. Bardzo fajne połączenie pudrowego różu z odrobiną beżu. 
 Błyszczyk, który pasuje do każdego makijażu, do żadnej kreacji na wieczór i na co dzień do jeansów to 2True Plumptuous Lip Gloss nr 10. Dostałam go w prezencie do zamówienia w sklepie. Jak go pierwszy raz zobaczyłam to się przeraziłam bo w opakowaniu wygląda jak wściekły róż, ale na ustach na szczęście jest pół transparentny. Megaśnie powiększa usta bez szczypania czy mrowienia jak w innych błyszczykach powiększających. Utrzymuje się na ustach 3-4 godziny nawet przy jedzeniu.
BRWI:
Jest tylko jedna recepta na idealnie, ale naturalnie pokreślone brwi – Inglot cień do brwi nr 560 + Delia Korektor do brwi 3 w 1 w kolorze brązowym – to duo Was nigdy nie zawiedzie. Inglot cień do brwi nr 560 uwielbiam za kolor ponieważ jest to mieszanka zimnego brązu z odrobinką szarości dzięki czemu brwi wyglądają naturalnie a nie dziwacznie jak podkreślimy je ciepłym brązem. Sławny korektor z Deli chyba już każdy zna i uwielbia więc nie będę komentować 😛
RÓŻ:
Słodki jak cukiereczek i niewinny jak dziecko czyli e.l.f. Natural Radiance Blusher w kolorze Shy. Czysty, niewinny, nieśmiały, dziewczęcy, słodki, lekki róż. Nazwa adekwatna do efektu na twarzy.
MASKARA:
Yves RocherLash Plumping Mascara
Mam ją tak naprawdę najkrócej (jakieś 1,5 miesiąca), ale już jest moją maskarową miłością. Uwielbiam efekt sztucznych rzęs jaki dają maskary, ale często gęsto tusze do rzęs tego typu sklejają je. Ta maskara nie dość, że pięknie rozdziela rzęsy, nie skleja ich to jeszcze w dodatku lekko podkręca moje bardzo oporne rzęsy – szok! Jeden minus – cena :/
CIENIE DO POWIEK:
Cóż mogłabym tu napisać, to chyba oczywiste – INGLOT!!!! Hahahaha…..
Moje kochane małe cudeńka, na które mogę patrzyć się godzinami. Zakup nowiutkiego testera Inglota z 70 cieniami jakiś rok temu to był mój interes życia! To będzie chyba moja miłość do grobowej deski. Oczywiście konkretnego koloru nie przytoczę bo nie mogłabym wybrać swojego ulubionego z tak wielu, ale jeśli chodzi o rok 2011 to najbardziej upodobałam sobie i najczęściej używałam matów z Inglota.

Jeśli jeszcze nie widziałaś mojej kolekcji to zapraszam do lektury postów:
Kolekcja cieni Inglot część 1
Kolekcja cieni Inglot część 2
Kolekcja cieni Inglot część 3
Kolekcja cieni Inglot część 4
Kolekcja cieni Inglot część 5

A może poopowiadacie mi w komentarzach co Wam dobrego przydarzyło się w 2011 roku?! ;o)

Recenzja: Delia Dermo System Micelarny płyn do demakijażu twarzy i oczu

POD LUPĄ: 
Delia Dermo System Micelarny płyn do demakijażu twarzy i oczu 

CENA: 
 ok. 8-9 zł

OPAKOWANIE:
 210 ml
OPAKOWANIE STARCZA NA:
 ok. 1 – 2 miesiące

OBIECANKI PRODUCENTA:
Działanie
Bezzapachowy kosmetyk o nowoczesnej formule do łagodnego i dokładnego demakijażu oraz codziennej pielęgnacji oczu, twarzy i dekoltu. Oparty na łagodnych środkach powierzchniowoczynnych wiążących nadmiar sebum, przywraca równowagę wodno-tłuszczową skóry.

Składniki aktywne
• ekstrakt z ryżu, pantenol i alantoina, dynamicznie wspomagają proces odnowy komórkowej, działają kojąco i łagodzą podrażnienia
• naturalna betaina, dzięki niezwykłym właściwościom wiązania wody, zapewnia optymalny poziom nawilżenia skóry, wpływając na poprawę jej elastyczności i jędrności. Niweluje efekt ściągnięcia skóry
W PRAKTYCE:
PLUSY:
BRAK!!!
MINUSY:
  • Płyn strasznie się pieni, wystarczy lekko wstrząsnąć buteleczką, ale to jeszcze nic! Ten sam efekt jest na naszej twarzy, szczególnie przy kontakcie z włosami (np brwi czy rzęsy) – zaczynają się pienić jak byśmy myły twarz szamponem do włosów
  • po użyciu na skórze zostaje takie dziwne uczucie – jak by była mokra albo został na niej tłusty film, który oczywiście lekko się pieni, nic przyjemnego!
  • a podstawowe zdanie czyli zmywanie makijażu? – totalna KLAPA!!! Z cieniami czy szminką daje sobie radę, ale za to z tuszem albo żelowym eyelinerem to już totalna porażka. Wszystko rozmazuje tworząc czarne plamy w stylu misia pandy. Trzeba długo trzeć żeby się tego pozbyć. Już nie mówiąc o zmyciu podkładu z twarzy… przeciwnik nie do pokonania dla niego
  • po jego użyciu nie mam uczucia czystej skóry, wręcz odwrotnie! Wydaje mi się, że moja buzia jest jeszcze bardziej brudna niż była z makijażem, nie wiąże sebum itp.
  • nie jest łagodny dla oczu więc trzeba uważać żeby się tam nie dostał
  • NIE JEST bezzapachowy, ale też nie jest to straszny zapach, taki lekko pudrowo-chemiczny
  • nie koi ani nie łagodzi skóry ponieważ z tym płynem musicie dokładnie trzeć wacikiem żeby pozbyć się makijażu, więc podrażnienia gwarantowane
CZY KUPIĘ PONOWNIE: 
Już nigdy w życiu. Nie, dziękuję!
PODSUMOWANIE:
 Próbowałam dać mu szansę, zużyłam ok. 50%, ale więcej nie dałam rady. Koszmar!!! Służy mi teraz wyłącznie do zmywania swatchy jakie robię na bloga! :o/ Nie próbujcie, wystarczy, że ja to zrobiłam.